W ubiegłym roku w lecie, podczas upałów, na dwie noce zostawiłam otwarty szeroko balkon. Mieszkam na ostatnim, 3. piętrze pod skośnym dachem i w lecie gorąco jest niemożliwie. Tylko nocą można było jako tako przechłodzić mieszkanie. Siatka na balkonie ma ok. 0,5 m otwór u góry – zupełnie dla kota bezpieczny.
Rankiem drugiego dnia wstałam i zaskoczyło mnie, że Rudolf nie kręci się przy mnie i wcale go nie widać. Zaczęłam go szukać i okazało się, że siedzi w kuchni na blacie, z głową zadartą do góry. A nad nim, na górze siedzi sobie taki oto jegomość (zdjęcie robione telefonem):

W kuchni parę piór walających się tu i ówdzie.
Zabrałam czym prędzej kota, zamknęłam w sypialni i otworzyłam szeroko okna w kuchni. Ptaszkowi podstawiłam wodę i jakieś ziarna. Pomyślałam sobie, że jeżeli siedzi tu jakiś czas, a na dworze od rana upał, to odwadnia się i potrzebuje jedzenia żeby mieć siły.
Jednak ten siedział jak odrętwiały, nawet jak zbliżyłam do niego rękę. Myślę, że już się poddał i zrezygnował z walki.
Oddaliłam się.
Po chwili poderwał się i tyle go widziano...







