Zdaje się, że problem wynika z tego, że te ptaszyska są pod ochroną i nic z nimi nie wolno zrobić. A one wytłukują całe populacje ptaków śpiewających.
Kiedyś moja mama dowiedziawszy się, że wróbelki zagrożone- podjęła się karmienia tych małych cwaniaczków na oknie. Wysypywała im kaszkę manną i jaglaną, która nie dość, że bardzo im smakowała, to była niezdatna dla głośnych i nielubianych przez nas gołębi (za małe ziarenka). Wróble prędko nauczyły się, że na tym oknie nieźle karmią, więc sprowadziły koleżków, a potem swoje dzieci, a potem kolejne dzieci
Przychodziły całe hordy. Siadały na drucie dyndającym przed oknem i czekały na swoją kolej

przychodziły też stare wróble ze swoimi maluchami, które siadały na framudze, jak na grzędzie i trzepotały skrzydełkami i nadstawiały dzioby, żeby im wsadzić porcję do środka
Dobrych parę wróblowych pokoleń trwało to szaleństwo. Jak nic nie było- te małe cholery budziły mnie jakoś po 5, żeby wysypać im żarcie. I darły dzioby, póki nie dostały

A darły się bardzo głośno

Przypuszczam, że jadłodajnia przyczyniła się do zwiększenia populacji staromiejskich wróbli

Ale, gdy udało mi się zamknąć ten "interes", odetchnęłam z ulgą i zaczęłam się wysypiać
