Mieszka nas już siedmioro - w tym pięcioro kotów. Pewnego dnia, gdy wracałem ze spaceru z Oskarem, rudzielec po prostu wyszedł z rosnących obok jednego z bloków krzaków i do nas dołączył. Mieszkanki z tego bloku i opowiedziały mi, że kotek został z pewnością porzucony, bo pisały ogłoszenia i nikt się nie zgłosił. Dotarł w ten sposób pod naszą klatkę. Mówię mu: nie wiem jak zareaguje nasza czwórka ale chodź, spróbujemy. Rudzielec był szczęśliwy, że wzięliśmy go z żoną na ręce i natychmiast zaczął przytulać się i mruczeć. Z początku żona stwierdziła, że piątka kotów to za dużo ale zmieniła zdanie jak tylko popatrzała w jego pełne nadziei oczy. Pani weterynarz stwierdziła, że trzeba wyleczyć świerzbowce w uszkach ale poza tym nic mu nie dolega. Jest młody - liczy sobie od 1 do 2 lat. Ma doskonały apetyt i od razu przypadł mu do gustu BARF. Ładnie korzysta z drapaków i kuwety ale zdarza mu się oznaczyć teren. Podejrzewamy, ze właśnie to było powodem wygnania z poprzedniego lokum. Dowiedziałem się także, że wcześniej próbował go przygarnąć jeszcze inny mieszkaniec tamtego bloku ale przybysz trafił ponownie na ulicę, gdyż zaatakował drugiego, mieszkającego w tym mieszkaniu kota. Teraz Ares jest już tylko nasz - przestał podchodzić do obcych ludzi a nam okazuje bezgraniczne zaufanie często kładąc się do góry brzuszkiem.
