Chciała bym przedstawić kocie towarzystwo które sprowadziło mnie na to forum.
Wszystko się rozpoczęło z tego, że spełniło się nasze dawne marzenie: przeprowadziliśmy się pod miasto do własnego domu. Kotów nie szukaliśmy, ale oni nas znaleźli sami. Najpierw przyszedł łaciaty czarno-biały młody kocurek, mruczał, tulił się, głaskał się, chciał by z nim się bawili, taki miły i przytulny. Przychodził regularnie całe lato. Taki oto przychodzący kot Szkwarek:

Potem nagle zniknął, jak okazało się potem (to długa historia), przepędził go potężny dziki kocur. Nie wiem, czy będzie widać na zdjęciu jak duży i potężny jest (daliśmy mu na imię Pączek, waży około 6,5 kilo):

Prawdziwy dzikus, najpierw nie podejrzewaliśmy o jego istnieniu, bo nie pokazywał się na oczy, tylko znikało zostawione dla kotów jedzonko i nie przychodził więcej głaskać się przytulny Szkwarek. Pączek unikał ludzi, uciekał od razu jak go zauważono, ale pilnował swoje terytorium. Pewnego wieczoru przyszedł na zapach jedzonka i nawet dał się namówić nie uciekać. Głaskać się i dotykać się nie pozwalał i tylko potem, z czasem, pozwolił pogłaskać się ostrożnie po głowie. Ale każdy niepewny i podejrzany dla niego ruch ręki poza głową kończył się mocnym podrapaniem (nawet do krwi) ostrymi i mocnymi pazurami dorosłego silnego kota, który był przyzwyczajony do walki za siebie i zupełnie nie przyzwyczajony ufać ludziom. Do domu nie chce wchodzić pod żadnym pozorem, chyba nie jest przyzwyczajony albo rozumie, że to dla niego ryzyko czy ograniczenie swobody.
Z czasem upodobał sobie pudełko przy wejściu na taras, gdzie często przychodził spać między posiłkami (tylko dziwiło to, że taki ogromny kot umieszczał się w takim niewielkim pudełku):

Zrobiliśmy dla niego letni domek z kartonu i styropianu, z miękkim legowiskiem i oknem, aby było widać czy on tam jest

Wiec, jak okazało się, Pączek przepędził Szkwarka, podbił sobie nowe terytorium w postaci naszego podwórka. Szkwarku nic nie zostało, jak lizać rany i przesiadywać się (jak się potem okazało) w garażu u sąsiada. Za jakiś czas podjął kilka prób przyjść do nas znowu, ale skończyło się tym, że sąsiad pewnego dnia przyniósł nam przestraszonego Szkwarka z głębokimi ranami na plecach (kilka miesięcy nie goiły się, pomogły tylko zastrzyki - antybiotyk). W taki sposób Szkwarek stał się niewychodzącym kotem, zimującym w domu. Paczek tak go przestraszył, że biedny Szkwarek bał się nawet podchodzić do tej strony domu, gdzie było wyjście na taras i domek Pączka „za szkłem”.
Jednocześnie z powyżej opisaną historią, rozwijała się druga. Jak okazało się gdzieś niedaleko w krzakach kotka urodziła kocięta i przychodziła do nas szukać coś do jedzenia. Mała szaro-ruda tygryska (potem dostała imię Syrenka), bardzo szybka i zwinna, przychodziła i cierpliwie czekała pod oknem albo pod drzwiami, aż ktoś wyjdzie. Jak ktoś wychodził, to niewinne duże oczy (jak w Shreku), pewne nadziei, że nie zostanie głodna, nie pozostawiali nam wyboru.
Lepiej nie pytajcie czym karmiłam koty, nie miałam zielonego pojęcia co dla nich jest w ogóle dobre a tym bardziej co to jest BARF. Kotka Syrenka bardzo radośnie akceptowała wszystko co dostawała. Parówki były idealne z tego względu, że mogła je w zębach, radośnie podskakując, odnieść kociętom gdzieś tam daleko w krzaki. Jak pierwsza parówka była odniesiona dzieciom, wtedy przychodziła sama coś zjeść, mogła wejść do domu i pozostać niedługo, ale tylko niedługo, bo potem biegła do swoich małych. Kiedy małe wyrosły, i dobrego serca sąsiedzi postawili dla nich drewniany domek u siebie na działce, Syrenka przyszła do nas zimować, i z tego momentu nawet nie chciała wychodzić na zewnątrz na spacer, stała się kotką praktycznie niewychodząca. Jest bardzo pozytywna, lubi się bawić, skakać. Malutka, około 3 kg. Bardzo mądre oczy.

Wiec tak oto zimowali, Szkwarek i Syrenka w domu:

A Pączek pod domem we własnym zimowym domku ze styropianu dziesiątki z dodatkowym podgrzewaniem, kiedy mrozy były bardzo groźne:


Do naszego domu wchodzić nie chciał nawet jak były silne mrozy a Szkwarek i Syrenka tymczasowo izolowani w osobnym pokoju, aby nie dopuścić walki między nimi a Pączkiem. Co prawda, tylko jeden-jedyny raz za prawie cały rok zdecydował się wejść do salonu, i za mniej niż 1 minutę, obszedł go dookoła strategicznie zostawiając swoje „znaki” i szybko wybiegł… Działał bardzo szybko, zdecydowanie i precyzyjnie, jak strzelec wyborowy ze sporym stażem. Az nas zatkało od zdziwienia… Taki sobie kot, jak to kot…
Za jakiś czas okazało się ze u Syrenki rośnie brzuszek, a 7 Marca pojawiły się na świat 4 małe kociaki:

1 miesiąc, bardzo zabawne, uczą się chodzić i bawić:

Kociaki z rodowodem, mama – Syrenka a tata - Szkwarek








Niesamowicie śmieszne, aktywne, wesołe, pełne energii, lubią mruczeć i uwielbiają głaski.
To taki ogrom pozytywu ze nie da się opisać!
Taki oto w kwietniu:

A taki teraz:
Giorgio:

Mikki:

Junior:

Masiania:

Albo taka :):

Zawsze razem:


Na podwórku tez razem:

Barf uwielbiają od małego:

Kontrola jakości pod czas barfowania (tata barfo-tester):

