Postanowiłam założyć wątek, bo może łatwiej mi będzie to wszystko uporządkować i pytać o różne rzeczy, jak wszystko będzie w jednym miejscu.
Diana to kotka rasy ragdoll. Obecnie ma 6 msc. Przybyła do nas w grudniu 2015 roku. Z hodowli przywiozła do nas zapas suchej karmy (niestety Royal Canin) + zwyczaj jedzenia surowego mięsa.
Od początku jak kotka się zaklimatyzowała u nas zaczęłam zmieniać żywienie. Suchą karmę zamieniłam na Applaws. Codziennie rano nadal dostawała surowe mięso: kurczak, indyk, serca, żołądki, po południu dostawała mokrą karmę Animondę Carny, którą jadła chętnie. Do tego miała cały czas dostępną suchą. Nie wiem, gdzie tkwił błąd. Może w dostępności suchej, a może błędu nie było, ale po jakiś 3 tygodniach kotka wypięła się na wszystko oprócz suchego.
Mięso też przestała jeść z dnia na dzień. Kupiłam jej dla urozmaicenia wołowinę. Nawet nie spojrzała. I tak się zaczęła męka z jedzeniem. Każda w pełni zbilansowana mokra karma była ble. Jedynie filetówki typu cosma, schesir itp. były jadalne. Jednak wiedząc, że to nie jest odpowiednie jedzenie, ciągle próbowałam przemycić mokrą karmę- bezskutecznie. Raz dany smak był zjadany, raz był niejadalny.
Będąc tylko na suchym Applawsie + filetówkach zaczęliśmy mieć problem z ubrudzonymi portkami. Przestawiłam więc Dianę na Acanę grassland, po której problem zniknął. Nadal jednak nie chciała jeść pasztetów. W końcu za radą forumowiczów i fejsbukowiczów suche odstawiłam zupełnie. Udało się jako tako, bo jesteśmy na mokrej karmie Catz finefood, ale niestety nie zawszei tak Diana chce ją jeść. Muszę często na zachętę wkruszać przysmak lub podać karmę na podłogę, albo na palcu. Wtedy jest jadalna.
Trochę mnie to męczy, czy całe życie tak to będzie wyglądało? Czy ją da się jakoś nauczyć, żeby jadła z talerzyka? Może ja gdzieś robię błąd, ale go nie widzę, a ktoś z was mi go wskaże?
Boję się ją głodzić, w sensie zostawiać jedzenie i żeby było nietknięte przez cały dzień, bo to jeszcze kociak.
Teraz zaczynamy próbować z mięsem i wchodzimy na drogę z kamieniami. Z jadalnością mięsa jest różnie. Wyciągnięte z lodówki i ogrzane jest pyszne, natomiast to samo mięso za 2-3 godziny jest już niejadalne i trzeba sypać przysmakiem. To chyba niemożliwe, żeby tak szybko mięso stało się niejadalne?
Staram się zrobić wszystko dla jej zdrowia.
Cóż, to tak pokrótce. Może ktoś ma jakieś uwagi, rady, krytykę? Mile widziane.
Będę pisać o postępach (mam nadzieję!).
A oto i cała sprawczyni zamieszania:
Pozdrawiamy!