Wychowywałam się z naszą rodzinną kotką-dachówką imieniem Kicia. Kicia zjawiła się u nas w listopadzie 1994, odeszła w październiku 2005. Wszyscy chcieli dla kotki jak najlepiej, więc dostawała to co nam się wydawało najlepsze, czyli Whiskas, mokry i suchy, z przewagą suchego. Tak było przez 11 miesięcy w roku, a ten dwunasty miesiąc to był lipiec, kiedy to wyjeżdżaliśmy z mamą na kemping a Kicia zostawała w domu z tatą... Mojemu tacie należy się tytuł (albo przynajmniej nominacja ;)) barfowego pioniera, bo jak tylko zostawał sam z kotem, kupował wielką porcję skrzydełek kurzych i rzucał kotu po jednym a nas raczył przez telefon malowniczymi opisami jak to budzi w kocie drapieżnika, jak kot rozszarpuje mięcho i gryzie kości i nic sobie nie robił z naszych histerii żeby natychmiast przestał się wygłupiać i kupił kotu karmę zanim koteczce stanie się krzywda. Powiadał, że nie będzie kota mysimi bobkami karmić.
Tak było przez parę lat zanim mama nie doszła do wniosku, że tacie nie można powierzać kota i zaczęliśmy zabierać Kicię ze sobą. Kot po miesiącu w lesie wyglądał jak po sanatorium - wyszczuplały, umięśniony, z piękną sierścią. Ponieważ w Warszawie Kicia miała ciągle sierść matową i straszny łupież, uznaliśmy, że jest na coś uczulona, ale teraz myślę, że musiała cichcem nieźle dożywiać się w tym lesie myszami