Ale powiem Wam, że człek się szybko przyzwyczaja do zwierzaków. Przez te 3-4 godziny to jakoś strasznie pusto i dziwnie było bez nich w mieszkaniu. Już sobie nie wyobrażam życia bez kotów

. A są u mnie zaledwie od początku maja.
Nie pozwalam mu skakać, pilnuję go. Na początku mi tylko prysnął jak zajmowałam się Mufką. Mufka teraz śpi więc mogę dopilnować Maksa. Jak Mufka się wyczołga z tapczana to będę za nią chodzić.
Skipper, tam była spora ekipa lekarska, w książeczkach widzę stemple dwóch różnych lekarek (w tym specjalista chorób psów i kotów, tak jest na stemplu) i był jeszcze lekarz bardzo sympatyczny. Nie wiem który z nich był anestezjologiem. Tu jest chyba bardziej kwestia leków i środka do narkozy.
Sąsiadka leczy u nich suczkę, yorka. Zaniosła ją już w bardzo złym stanie bo "nasza" lekarka (właśnie ta od kotów, fundacyjna) nie postawiła prawidłowej diagnozy. Suczka miała ropomacicze, ona leczyła ją na zapalenie pochwy. W tej właśnie klinice zrobili suni badania, okazało się, że ma guza nowotworowego na jajniku, nerki w bardzo złym stanie i w ogóle schorowana jest. I naprawdę zajęli się sunią, przeszła tam ciężką operację - usunęli ten nowotwór. I dalej jest w trakcie leczenia, sunia ma różne komplikacje, miała przetaczaną krew, ale żyje. Więc chyba to nie jest zła klinika.