Też płaciłam ok. 100 zł za 4-letniego kocura. Mi niestety nie udało się upilnować i przed kastracją była tylko 2-godzinna głodówka (lekarz zalecał 8-12 godzin bez jedzenia). W efekcie (podobno) był paw. Badań żadnych przed zabiegiem nie robiliśmy. Kota odebrałam po godzinie, jeszcze pod narkozą. Dostałam "wybudzacz" w strzykawce i miałam podać sama dopiero w domu

Dodam, że nie mam żadnego doświadczenia w tym względzie, ale byłam tak zielona i zbaraniała decyzją weterynarza, że nawet się nie zastanawiałam i zabrałam kota do domu. Pamiętam tylko, że zapytałam weterynarza, czy on w ogóle żyje... Całą drogę umierałam ze strachu, bo kot przelewał mi się przez ręce, a po podaniu wybudzacza w domu oszalał, chciał biegać po ścianach, ale miał zwiotczałe łapki, więc starałam się go utrzymać w miejscu. To był dramat. Jak kot zaczął trochę więcej ogarniać, to... skorzystał z okazji, że ktoś wchodził do domu i wybiegł z mieszkania przez uchylone drzwi. Spędziłam 8 godzin na szukaniu go po okolicznych polach, odchodziłam od zmysłów. W końcu wrócił sam, ale co się nadenerwowałam, to moje

Gdybym miała jeszcze raz kastrować kota, to na 100% najpierw zrobiłabym badania, żeby sprawdzić ogólny stan zdrowia zwierzaka i na pewno nie zgodziłabym się na odbieranie nieprzytomnego kota. Nikomu nie polecam takiego rozwiązania, choć nie wiem, czy gdziekolwiek stosuje się podobne "procedury"- najlepiej odebrać w pełni wybudzonego zwierzaka. Do tej pory się zastanawiam, co by było, gdyby się jednak nie wybudził
