Rewolucje hormonalne, jakie powoduje kastracja, mogą oczywiście spowodować czasowe zaburzenia metabolizmu i dopóki kot nie dostosuje swojego apetytu do zmian, jakie zaszły, może tyć. Jednak kastracja nie występuje w naturze, a brak umiejętności opanowania apetytu w zdecydowanej większości przypadków ma związek z podawaniem kotom pokarmu zawierającego nadmiar węglowodanów (i znaczenie ma tu nie tylko to, czy teraz podajemy te węglowodany, ale i to, czy te węglowodany kot jadł wcześniej, w kocięctwie oraz przed kastracją, bo zawsze mogą doprowadzić do jakiegoś stopnia leptynooporności). Oczywiście, że będą zdarzać się koty, które od małego były na BARFie i są obżartuchami nie potrafiącymi odejść od miski. Ale należy mieć na uwadze fakt, że w dzisiejszych czasach trudno o kota, którego przodkowie przynajmniej w kilku ostatnich pokoleniach jedli przez całe ich życie tylko naturalny pokarm. Zmiany i zaburzenia w organizmie, jakie niesie za sobą nienaturalna dieta, w tym przeładowana węglowodanami, kumulują się przez pokolenia i zawsze mają wpływ na zdrowie i funkcjonowanie organizmu potomków.vesela krava pisze:A zwierze wykastrowane to czesto zupelnie inna bajka. Wg moich obserwacji albo rosnie im niemilosiernie apetyt (mam taki przypadek, o ktorym pisze ankipawel) albo cos jednak dzieje sie z ich metabolizmem, bo przybieranie na wadze wystepuje nie tak rzadko.
Co do tego, że w naturze koty nie mają jedzenia pod dostatkiem i jest ono trudno dostępne, co powoduje, że często przymierają głodem, to ta zasada dotyczy głównie dużych kotów, które polują na ofiary większe od siebie. Nasze małe koty z gatunku felis sylvestris tak dobrze dopasowały się ewolucyjnie do swojej niszy pokarmowej, że w ich przypadku zdobywanie pokarmu wiąże się z niewielkim wydatkiem energetycznym (w porównaniu z wielkimi kotami), a ofiary naszych małych kociastych są znacznie łatwiej (i obficiej) dostępne. Nasze małe koty polują w ten sposób, że zwykle czekają aż ofiara sama do nich podejdzie i wówczas wykonują jeden skok by ją dopaść, rzadko uganiają się za uciekającym zwierzęciem. Często wynajdują gniazda np. gryzoni i wyjadają po kolei wszystkie. W naturalnych warunkach małych zwierząt, na które polują nasze koty jest (było) dużo. Oczywiście wielkość ofiary determinuje konieczność częstszego polowania i zjadania wielu ofiar dziennie, ale małe koty zawsze zamieszkiwały tereny obfitujące w odpowiednią dla nich zwierzynę łowną (nie porównujcie proszę dzisiejszych nienaturalnych warunków, jakie mają "dzikie" koty w cywilizacyjnej dżungli, gdzie zbyt duża populacja kotów stłoczona jest na o wiele za małym obszarze środowiska zmienionego przez człowieka). Miałam okazję przez wiele lat (i kocich pokoleń) obserwować koty domowe, żyjące wprawdzie przy człowieku ale w zasadzie wolno, w puszczy jodłowej (rezerwat) w Górach Świętokrzyskich. To, jak polowały zawsze wprawiało mnie w zdumienie - godzina spędzona na siedzeniu na polanie, w czasie której kot wykonał 4 "tygrysie" skoki, przynosiła mu 4 posiłki w postaci upolowanej myszy. Kolejną, piątą, brał w zęby i przynosił swojemu człowiekowi jako dar. Kotka odchowująca młode opuszczała gniazdo dosłownie na 10 minut, po których wracała z myszą w zębach dla maluchów.vesela krava pisze:Ja mam jednak watpliwosci czy kot, i w ogole jakiekolwiek zwierze, dostaja w naturze jedzenie w nieograniczonych ilosciach. Po pierwsze mysle, ze w przypadku wolno zyjacych badz dzikich zwierzat jedzenie jest trudne do zdobycia, po drugie jest oplacone sporym wysilkiem.
