ciocia_mlotek pisze:A ja bym tym unijnym kontrolom itd nie ufała bardziej niż polskim. Bo to Polska właśnie aż do przesady podchodzi do dyrektyw. A tu - trzy po trzy. Łapówki gorsze niż u nas w Polsce. W gastronomi syf, że żal tyłek ściska. Mieszkam w UK - kraj teoretycznie wolny od wścieklizny (na przykład). Wjazd z psem na teren to kwestia paszportów, badań itd (choć ostatnio i to znieśli w większości). Ale nie było takich restrykcji w stosunku do kotów czy fretek (wystarczyły szczepienia i chip - przewoziłam fretkę z Polski do UK więc jestem jako tako oblatana w temacie) - a przenoszą tą chorobę tak samo ( i na dodatek koty tutaj są w wolnym chowie - biegają gdzie chcą).
Przymyka się oko na prawie wszystko. Dyrektywy dyrektywami a stempelki stawia się i tak za odpowiednią kwotę. Tak więc co wyeliminowali na papierze a co w realnym świecie to 2 różne sprawy. Jasne, przez jakiś czas walczą ściśle z jakąś chorobą u zwierząt i potem % występowania jest na tyle znikomy, że uznaje się chorobę za niebyłą. Ale takie intensywne walczenei odnosi się do chorób, które mają duży wpływ na zdrowie zwierząt rzeźnych (finanse, finanse) i tych, które są groźne dla ludzi. A jak już choroba jest uznana za nie istniejącą w danym kraju to już się pod jej kątem nie bada "bo po co tracić kasę?"
Na tle tego co napisałaś nic nie jest bezpieczne. Bo wołowina tez niesie w sobie pasożyty.Drób także. Jajek i mleka to nie omija. Wszystko niesie za sobą ryzyko takie czy inne. Nie tylko wieprzowina.
Aczkolwiek odnośnie UK i wścieklizny....z tego co wiem bardzo restrykcyjnie do sprawy podchodzą. A przepisy złągodzone dotyczą tylko zwierząt przywożonych z krajów , które tak jak UK są wolne od wścieklizny. Z Polski transport zwierzaka do UK wcale nie jest aż taki prosty i obejść stempelków się nie da....Oczywiscie każdy moze być spryciarzem i sobie owe stempelki kupić. Ale chyba taniej i prościej jednak załatwić je sobie normalną drogą...
maix...nie agituję, nie przekonuję. I niczego nie usprawiedliwiam. Cieszy mnie tylko fakt ze owa choroba w końcu zaczyna znikać z naszych stołów.
Odnośnie wiedzy na temat serologii....no cóż. Prosty przykład. Mamy stado 100 świń. Jedna jest chora. Choroba przebiega bezobjawowo. Świnie kontaktują się ze sobą....w obrębie zagrody. Jedzą z tego samego "stołu", łążą po swoich odchodach, ocierają się o siebie, ślinią się, wycierają ryje o siebie....Nie żyją osobno (aczkolwiek zagrody są chyba mniejsze). Każda z tych świń ma kontakt z tą chorą. Każda ma kontakt z wirusem. Każda z nich odpowiada - a raczej ukłąd odpornościowy tych świń odpowiada na kontakt z wirusem produkcją odpowiedniej klasy przeciwciał - prawdopodobnie są to p-ciała klasy IgG (odpowiedź pierwzsego rzutu). W związku z tym , jeżeli weźmiemy do badania krew 20 osobników tylko, z tego wielkiego stada, w 20 próbkach mamy odpowiedź pozytywną - są tam przeciwciała, stado nie jest czyste...Ale choroby nie widać. Mamy dwa wyjscia - zabić całe stado a ich mięso spalić lub poddać szczepieniom ochronnym....dużo taniej i wydajniej jest zrobić to drugie.
Wykonuje się testy metodą ELISA. Jest to metoda immunoenzymatyczna. Wykrywa już śladowe ilości badanego składnika i wynika to z samej techniki znacznego zwielokrotniania otrzymanego wyniku.
Skąd ta wiedza ? Z wyksztalcenia jestem biologiem immunologiem. (wstyd przyznać że taka biblia biochemii jak Harper powinna mi być znana niemal na pamięć a nie jest, biochemii nie cierpiałam

)
I naprawdę nie namawiam. Proszę tylko o nie wariowanie.
Ostatnimi czasy było kilka afer - solna - i co? Przestaniemy solić? Bo skąd pewność że za chwilę nie wybuchnie kolejna afera ze sól himalajska nie okaże się podrobioną solą drogową?
Kolejna afera...fermy kurze. Całkiem niedawno w tv szaleli na temat brudu, salmonelli, skażonych jajek, mięsa zawierającego niebezpieczne substancje chemiczne.....
Skąd pewność stuprocentowa że mleko mamy ok? Masło i warzywa? Bo do tej pory afery nie było? I co? Po kolei eliminujemy z diety naszej i naszych zwierząt wszystko....Bo nawet jezeli masz swój ogródek to skąd pewnośc że zaraz nie okaże się że sąsiad nie prowadzi działalności pod dywanem i nie pozwala wywalać na swój i twój teren jakichś ścieków?
Alternatywa? Jest jakaś? Suche karmy? Afery co chwila - ta partia skażona salmonellą, tamta grzybem...itd. Rozumiesz o co mi chodzi?
Tak naprawdę gdy twój kot zachoruje (a życzę mu aby w dobrym zdrowiu przeżył 20 lat), nigdy nie będziesz wiedzieć czy jego choroba nie jest spowodowana dioksynami pochodzącymi z mięsa zdrowego indyka, kurczaka....metalami ciężkimi z ryby ekologicznej, itd.
Fajnie że jest taka dyskusja. Mam nadzieję że unaoczni ona wielu z nas w jakim świecie i w jakiej paranoi zaczynamy żyć. Pewnych rzeczy nie przeskoczymy. Nie mamy jak. Więc może warto zacząć żyć normalnie, aczkolwiek zachować ostrożność, w granicach rozsądku oczywiście....
Na koniec taka mała dygresja.
Parę lat temu pojechałam z koleżanką na wakacje. Ja z dzieckiem i ona z dzieckiem. Ja pociągiem z plecakiem, ją odwiózł mąż samochodem - wielkim samochodem wyłądowanym po brzegi. Ok. Ma miejsce i możliwości to nie ma sprawy. Zabrała ze sobą pół dobytku. Tyle że ona zabrała ze sobą także kołdry i poduszki (nie poszewki ale wsad) aby nie zetknąć się z obcymi drobnoustrojami....jej dziecko było myte 10 razy dziennie, po lesie miało zakaz biegania. O jedzeniu jagód, malin,poziomek nie było mowy (byłyśmy w Zwierzyńcu, na Roztoczu) bo jaja pasożytów, bo je lis obsikał. Jak szłyśmy na spacer to ona miałapełen plecak materiałów opatrunkowych do opatrzenia ewentualnie obtartego kolana....
Ja wracałąm ze zdrowym dzieckiem, sama zdrowa. Jej dziecko złapało opryszczkę na pół policzka, miało kolano rozwalone i podeszłe ropą (bo obtarcie nia miało jak oddychać), z rozwolnieniem jak stąd do Ameryki. Koleżance zrobił się jakiś liszaj także na policzku.
Jaki z tego morał??? Może lepiej nie dać się zwariować, bo i tak nigdy nie zabezpieczysz się przed wszystkim. Nie ma co paranoicznie wiecznie oglądać się za siebie szukając tam demonów.
Pożegnałam forum bardzo dawno temu...
Nie zezwalam na kopiowanie i wykorzystywanie moich artykułów opublikowanych tutaj.