scarletmara pisze: Takie proste stwierdzenie aktywność fizyczna nie ma wpływu na odchudzanie prowadzi do równie uproszczonego wniosku: To ja się nie muszę ruszać skoro to mi nie pomoże. I tu jest błąd w rozumowaniu bo jak się człowiek nie rusza a tyje to jak najbardziej aktywność fizyczna mu pomoże.
A jak się człowiek nie rusza a chudnie, to czemu ma się dodatkowo ruszać?
Chudnięcie i tycie regulowane jest hormonalnie, na co wpływ ma rodzaj spożywanego pokarmu, a nie ilość wykonywanego ruchu. Wszystko, co jesz, a co ma wpływ na wydzielanie (lub hamowanie tego wydzielania) insuliny, glukagonu i leptyny, ma tez wpływ na to czy chudniesz, czy tyjesz.
scarletmara pisze: ruch jest warunkiem koniecznym szczupłej sylwetki
Nieprawda. Można być wręcz szkieletem obciągniętym skórą i wcale się nie ruszać (oczywiście nie piszę o ludziach wychudzonych przez chorobę). Do tego można zjadać pokaźną ilość kalorii, nawet powyżej faktycznego zapotrzebowania energetycznego organizmu. Nadmiarową energię można wydalać, a nie gromadzić, co jest możliwe jednak wyłącznie przy bardzo niskim poziomie insuliny.
Iowa pisze:Obstawiam też, że ilość jedzenia pozostaje na tym samym poziomie co wcześniej, a to w połączeniu z dodatkowym wysiłkiem daje deficyt kalorii. Większość osób, które zaczyna aktywność fizyczną, bo chce schudnąć, będzie się starała nie objadać, a tym samym nie wyrównywać tego deficytu. Dlatego schudną, a nie przez samą aktywność.
Chudnięcie podczas wzmożonego wysiłku fizycznego z jednoczesnym ograniczaniem spożycia kalorii jest najgłupszym sposobem odchudzania się. Powoduje największy dyskomfort psychiczny (a wręcz męczarnie) i mało komu udaje się w tym wytrwać dłużej niż chwilę. To już lepiej ograniczyć kalorie i nie zwiększać ruchu, wtedy jest łatwiej.
Łatwo napisać, że ktoś "stara się nie objadać", trudniej to wykonać, bo głód zwyczajnie zwycięża. Wzmożony wydatek energii podczas ćwiczeń wzmaga apetyt (hormonalnie jesteśmy tak ukształtowani), więc taka terapia odchudzająca nierozerwalnie wiąże się z bezustanną walką z własnym głodem, który staje się coraz silniejszy. Wstajesz rano głodna i kładziesz się spać głodna. Po kilku dniach nie potrafisz myśleć o niczym innym jak tylko o jedzeniu, skręca cię i ssie w żołądku, jest ci słabo. Dlatego nawet jeśli komuś uda się chwilę wytrwać i schudnąć w ten sposób, to nieuchronnie wraca potem do tycia (tzw. efekt jo-jo).
scarletmara pisze:Lena06 pisze:Opierając się chociażby na zawodach widzimy, że mężczyźni wykonujący ciężką pracę jedzą więcej niż ci zajmujący się pracą siedzącą.
Tak tyle tylko, że mężczyźni wykonujący cieżką pracę fizyczną nie są raczej otyli. Prawdziwe grubasy natomiast jedynie wśród tych siedzących się spotyka, wiec... ?
Nalezy zastanowić się, co jest skutkiem, a co przyczyną. Możliwe, że grubasy wykonują tylko siedzącą pracę, bo nie są w stanie kopać dołów czy budować domów. Jak ktoś nie potrafi się schylić by zawiązać sobie buty (bo przeszkadza mu brzuch) i oblewa się potami po wejściu na 1. piętro, to raczej nie dostanie pracy wymagającej wygimnastykowania i sprawności fizycznej, bo po 3 ruchach łopatą i tak dostałby zawału serca.
scarletmara pisze:Tylko, że u człowieka uprawiającego sport ta energia buduje mięśnie a u człowieka nie ruszającego się odkłada się w postaci tłuszczu, wiec... ?
Energia nie buduje mięśni. Energia zawsze jest spalana badź magazynowana w postaci tłuszczu lub glikogenu. Aby budować mięśnie potrzebny jest dodatni bilans azotowy, co oznacza konieczność zwiększenia spożycia białka (nie zbuduje się mięśni z cukru ani z tłuszczu). Natomiast w trakcie "tradycyjnego" odchudzania, także tego opartego na zwiększaniu wysiłku fizycznego, bilans azotowy zawsze jest ujemny (bo ograniczanie spożycia kalorii wiąże się też z ograniczaniem spożycia białka, a dodatkowy wysiłek fizyczny powoduje, że tkanka mięśniowa ulega szybszej degradacji; połączenie tych dwóch rzeczy sprawia, że delikwent chudnie w pierwszej kolejności z mięśni).
scarletmara pisze:Ale w ten sposób rozumując to rzeczywiście ile by się sportu nie uprawiało to jak się będzie jednocześnie żarło do oporu to to nic nie pomoże. Tylko to nie oznacza, że sport nie odchudza tylko, że człowiek nie powinien uzupełniać powstałych w ten sposób "deficytów" dojadaniem bo jak się odchudza to znaczy, że powinien spalać ten tłuszcz, którego ma za dużo i stąd uzupełniać deficyty jak inaczej ma schudnąć ? Jaka dieta miałaby mu niby pomóc jeśli nie zmniejszy ilości dostarczanych organizmowi kalorii czy jak to tam nazwać, których nadmiar wyraźnie odkłada mu się w postaci tłuszczyku ?
Warunkiem koniecznym do spalania zapasów tłuszczu jest stałe obniżenie poziomu insuliny. Bez tego się nie da, bo wydatkując energię spalamy wyłącznie cukier (zmagazymowany w wątrobie i mięśniach pod postacią glikogenu). Jak ktoś spali podczas wysiłku cały zapas glikogenu, a jest na diecie wysokowęglowodanowej, to w tym momencie nastapi koniec jego wydolności fizycznej i dalej nie pobiegnie, nawet jak będzie bardzo chciał. Pójdzie i zje talerz makaronu, po czym dopcha czterema bułkami. To pozwoli mu na uzupełnienie zapasów glikogenu oraz bieżące potrzeby. Jak poziom cukru spadnie mu znów nieznacznie, to poczuje nieodparty głód. I tak w kółko. Może wyciskać z siebie ostanie poty i biegać aż do padnięcia, ale ten wysiłek nie spowoduje u niego spalenia ani jednego gramu tłuszczu.
scarletmara pisze:więc jakby nieruchliwy człowiek zaczął tak ćwiczyć nie zwiększając zbytnio ilości spożywanego pokarmu to powinien i tak schudnąć albo przynajmniej wolniej tyć, zależy o ile za dużo je. W każdym razie efekt będzie.
Efekt będzie taki jak wyżej w skrócie opisałam. Zwiększy mu sie apetyt i nadal będzie spalał cukier zamiast tłuszczu jeśli wciąż będzie jadł węglowodany.
scarletmara pisze:Jak nie masz ujemnego bilansu to jakim cudem chudniesz ? Wyjaśnij mi ten cudowny mechanizm
Mechanizm jest bardzo prosty. Pisałam już o tym sporo tutaj i w wątku o BARFie. Zbędna tkanka tłuszczowa zwyczajnie ulega "samolikwidacji" gdy poziom insuliny jest bardzo niski. Można wówczas zjadać nawet 2 razy tyle kalorii ile się potrzebuje (ale w postaci tłuszczu, nie węglowodanów) i wciąż chudnąć. To też nie jest oczywiście zdrowe, ale się da. Rozpadająca się tkanka tłuszczowa oraz spożywane nadmiarowe kalorie z tłuszczu są wydalane z moczem pod postacią związków ketonowych. Więc można mieć nawet dodatni bilans energetyczny i chudnąć.
Tak na marginesie, jeśli ktoś próbuje schudnąć i mu nie wychodzi, nawet na diecie z ograniczeniem węglowodanów, to trzeba badać sobie poziom insuliny. Jeśli wcześniej dorobiło się insulinooporności, to trzustka może wciąż wydzielać za dużo insuliny nawet po wykluczeniu węglowodanów z diety.
hysteria pisze:wg książki życie bez chleba żeby chudnąć należy jeść do 6 jednostek chlebowych węgli dziennie, ale nieważne skąd są te węgle
Doktor Lutz prowadził swoje badania i napisał książkę w połowie ubiegłego wieku, gdy nie były jeszcze znane fakty dotyczące glutenu i mleka.
gerda pisze: Ograniczyłam węglowodany (chleb, słodycze - jak na mnie) Polubiłam boczek pieczony... Jadłam go bez chleba, z np surową papryką lub rzodkwią. I - wciąż byłam głodna Doszłam do wniosku, że mój organizm nie dostawał porcji szybkiej glukozy (np z chleba) i wołał jeść. W wyniku tego, zamiast schudnąć - troszkę przytyłam
Ograniczyłaś, ale do ilu? Jeśli zwiększyłaś spożycie tłuszczu ale nie zlikwidowałaś węglowodanów do absolutnego minimum (50-70g dziennie), to tycie jest naturalne. Organizm w pierwszej kolejności zużywa do bieżącej produkcji energii spożywany tłuszcz, a ponieważ poziom insuliny jest wysoki, bo wciąż spożywasz węglowodany, to są one zamieniane pod jej wpływem na tłuszcz i odkładane. Najlepsza recepta na tycie to jedzenie jednocześnie tłuszczu i węglowodanów, ponieważ poziom insuliny ulega wówczas zwielokrotnieniu (wydziela się jej znacznie więcej niż gdyby spożyło się tą samą ilość węglowodanów ale bez tłuszczu; na tym mechanizmie bazuje m.in. błędna teza o tyciu od tłuszczu w posiłkach).
hysteria pisze:z tym treningiem to znowu, ponieważ estrogen powoduje odkładanie się tłuszczu a testosteron działa oczywiście antagonistycznie i zgadzałoby się to z radą Silveny by typ gruszki ćwiczyły siłowo bo po aerobowych wysiłku odkłada nam się dodatkowy tłuszczyk na udach (spadek testosteronu -> bardziej działa estrogen):
"TESTOSTERON - wydzielanie testosteronu wzrasta wraz z treningiem interwałowym i siłowym. Jednak trening tlenowy (np. długotrwałe bieganie umiarkowanym tempem) działa na jego niekorzyść. Powoduje spadek hormonu albo pozostawia jego stężenie bez zmian. "
To nie wysiłek reguluje poziom hormonów odpowiedzialnych za tycie i chudnięcie, bo hormony płciowe mają z tym nikły związek. Estrogeny i testosteron mają wpływ na to gdzie odkłada się tłuszcz, ale nie na to ile się go odkłada. Na ilość odkładanego tłuszczu wpływa przede wszystkim insulina.