Stowarzyszenie, fundacja musi mieć faktury za karmę, żeby rozliczyć dotację (trzeba ich zapytać czy starali się i dostali dotację z urzędu gminy). Jeśli dostali, to powinni określić po ile będą kupować karmę mokrą i suchą (im, niestety, taniej tym lepiej dla urzędników

) i tego muszą się trzymać. Jak patrzę co dostają koty będące pod opieką tego "mojego" stowarzyszenia to płakać mi się chce, ale jak nie dołożę z własnej kieszeni choć na coś lepszego to będą jeść ten syf. Jeśli stowarzyszenie czy fundacja dysponuje środkami z darowizn to te może przeznaczyć na lepszą karmę. Ja się staram, żeby choć jeden posiłek dziennie miały leszy (np. kupuję TOTW suche, czy robię mieszanki na jeden posiłek dziennie dla tych kotów). To zawsze trochę lepiej dla kotów. Jakoś trzeba sobie radzić
Osoby fizyczne, które zgłoszone są do gminy jako karmiciele kotów wolno żyjących w ich najbliższym otoczeniu dostają karmę z gminy (tutaj co dostaną to mogą dać kotom, albo same im kupować) i talony na weterynarza. I z tą karmą jest masakra w Warszawie, bo to co gminy wydają, to koty tego nie chcą jeść (jaki badziew musi być w środku, że tego nie ruszą) a gmina ma w nosie uwagi karmicieli (choć podobno mieli zmienić karmę, bo producent co innego opisał na etykiecie - miało być dużo mięsa - a co innego jest w puszce) i dalej wydaje to g...o
