Po pierwsze wszyscy psiarze będą bardzo wdzięczni za kalkulator wapniowy dla piesów, nawet taki najprostszy
Odnośnie moich obserwacji na temat jaj....
Jako że dzieckiem już od dawna nie jestem, 18 lat skończyła nawet dość dawno temu ...więc dobrze pamiętam co było ongiś. Otóż w czasach gdy miałam swojego pierwszego psa w zyciu, a był to kundelek, znajdek, niezwykle chorowity i zostawiający tony kłaków wszędzie, szukaliśmy jakiegoś mądrego weta. A nie było z nim tak łątwo jak dziś. Bo nie było czegoś takiego jak praktyka prywatna. Otóż jakiś znajomy ojca z pracy polecił nam swoją panią wet. Kobietę juz starszą, na emeryturze, przyjmującą zwierzaki u siebie w domu, w zupełnym podziemiu, absolutnie nielegalnie. Wchodziło się na hasło i tylko z polecenia osoby godnej zaufania. Ona to kazała karmićpsa surowym mięsem, kośćmi i....dużą ilością jajek w całości. Nie muszę dodawać że były to czasy kiedy w mięsnym nawet słoniny nie było.....
Ale udawało się jakoś zdobywać ochłąpy, i po kuracji jajecznej pies nam ozdrowiał. Zył jeszcze niemal 20 lat.
Pamiętam że wtedy psów rasowych było jak na lekarstwo. One dostawały właśnie jaja, jako delikates. Obowiązkowo przynajmniej co drugi dzień - z jajkami też było krucho.
A teraz wróćmy do czasów obecnych. Nieco zszokowały mnie informacje o szkodliwym działaniu awidyny. Wszak jajo wiosenną porą to dla dzikich psowatych jest cymes nad cymesy. Bo to bomba witaminowa, białkowa, tłuszczowa. Źródło wszystkiego w niezwykle mocno przyswajalnej postaci.
Sprawa Brutusa. Zawsze mu dawałam jajka. W całości. Jak chciał to wyjadał skorupy, jak nie miał ochoty to wylizywał resztę. W zeszłym roku, przed świętami wielkiej nocy, dostałam pierwszego w zyciu świra na punkcie pisanek. Miałam do dyspozycji tylko jaja kurze.....było wielu chetnych na te pisanki więc przerabiałam ich po prostu tony. No i kto miał zjeść te jaja? Wydmuchane więc wymieszane? Codziennie jadłyśmy z córką jaja na rózne sposoby. Mama piekła ciasta. Zagniatała makarony. Ale cały czas było tego ponad miarę. Pies biedak zjadał po 2-3 jaja dziennie. Po dwóch miesiącach takiej diety zauwazyłąm że do tej pory miał piekną szatę, ale teraz lśni swoim własnym światłem. Mało tego, zrobiło się ciepło, wręcz gorąco a on miał te kłaki przylepione na kropelkę chyba. Zero sypania. Zero kłaczenia. Jak w końcu przyszła na niego pora to zrzut futra zimowego zajął mu całe dwa tygodnie i znowu zero linienia. Tak oto zaszkodziła mu awidyna.
Od tamtej pory Brutus dostaje co drugi dzień jajo. Czasem na śniadanie nawet 3 sztuki wymieszane z algami i żurawiną. Do tej pory zero kłaczenia. Od przedwczoraj zostawia za sobą dywan kłaków. Za dwa tygodnie znów nie będę musiała używać odkurzacza.
Odkąd wprowadziłam do diety algi i drożdże - pies już nie świeci, bije od niego łuna na kilometr. A niemal każdego dnia ktoś mnie pyta czy ja go kąpię codziennie (ostatnia kąpiel odbyła sie w lipcu 2011)
Dodam że to pies z niedoczynnością tarczycy czyli skóra i sierść powinny być w bardzo złej kondycji.
Pożegnałam forum bardzo dawno temu...
Nie zezwalam na kopiowanie i wykorzystywanie moich artykułów opublikowanych tutaj.