Język to żywy twór, ma prawo się rozwijać, zmieniać, choć wszelkie zmiany zawsze napotykają na opór, co tez jest normalne w przypadku każdego z języków.
Na przykładzie pasztetu: był on (historycznie) tylko z mięsa, podobnie kotlet.
Stąd głębokie przekonanie większości, że pasztet, kotlet to mięso.
Ale jest też w porządku, gdy przez podobieństwo formy lub smaku nazywa się inne produkty tą samą nazwą, co pierwowzory z dodaniem określenia przymiotnikowego: roślinny, sojowy, itp.
Nazewnictwo żywności ma jeszcze wymiar marketingowy, dlatego
masełko to miks tłuszczowy ze znikomym dodatkiem masła. I to denerwuje, bo usiłuje wprowadzić w błąd. Czytanie etykiet nie jest oczywiste nie tylko ze względu na bezmyślność, ale także maleńki druk - mnie na przykład trudno wydobyć okulary z przepastnej torebki.
To tyle jeśli chodzi o watek językowy.
Dla mnie ważniejsze i bardzo odkrywcze są posty dagnes, w życiu bym nie przypuszczała, że krowa nie jest roślinożercą :)
Wracając do tematu wątku - z psychiką ludzką jest klops, bo nie tylko różnimy się miedzy sobą jako osoby, ale także jako nacje. Nigdy nie wypracujemy jednolitego stanowiska, choć dobrze, że możemy je wzajemnie poznać.
Mój organizm - jak wynika z dłuuugiej obserwacji - jest wszystkożerny. Mam okresy mięsne i jarskie. Są zwierzęta, których ze względów sentymentalnych nigdy (hm, a gdyby mnie dopadł wielki głód jak na Ukrainie?) bym nie zjadła, inne jem a nawet zabijam bez problemu.
Wątpię, czy z tego powodu jestem bardziej lub mniej moralna od wegan czy mięsożerców.
Dla mnie największym atutem tego wątku (także wielu innych) są wypowiedzi osób, które przekopały się przez tony literatury i nie opierają się jedynie na imaginacji. Uczucia to ważna rzecz, ale najczęściej wprowadzają w błąd
