I powoli zamiast się cieszyć zaczynam się martwić jak to moje futro beze mnie...toż przecież nikt go nie ogarnie tak dobrze jak ja, prawda?
Wyjeżdżam na 2 tyg za ocean, za krótko i za daleko, żeby rozważać opcję zabrania psiska ze sobą, więc Rico zostaje z moim ukochanym dwunożnym...z barfem chłopak ma tyle wspólnego, że pomagał przy odbieraniu mięsa od Izy i robił przelew kiedy go o to prosiłam...niewiele. Niby zrobiłam zapasy żarcia w zamrażalniku, niby zrobię mieszankę supli w jednym słoju, mieszankę ziółek w drugim słoju i poproszę, żeby dawał po łyżce dziennie...i niby wiem, że to tylko dwa tygodnie, to Ricosław nawet z głodu by nie zdążył zejść gdyby się mojemu np zapomniało go nakarmić...ale gul zaczyna chodzić. Macie jakieś złote rady jak to przetrwać, o czym nie zapomnieć?

