Pewnie się teraz narażę niektórym

, ale ja z kolei uważam, że wyprowadzanie kota na smyczy jest o wiele niebezpieczniejsze niż spacery bez smyczy (oczywiście kota trzeba do tego stopniowo przyzwyczajać i nauczyć, a naukę najlepiej zacząć już w młodości).
W razie wielkiego niebezpieczeństwa, jakim niewątpliwie jest np. atak wolno biegającego psa (a takich nie brakuje nigdzie), smycz staje się dla kota więzieniem uniemożliwiającym ucieczkę choćby na drzewo. Człowiek w takiej sytuacji kotu nie pomoże, co najwyżej sam może zostać pokąsany. Często zdarza się, że w panice puszcza smycz, a kot uciekając ma utrudnione zadanie, bo albo smycz zaplącze się w chaszcze i ostatecznie i tak futro ląduje w paszczy psa, albo smycz zwyczajnie spowalnia i utrudnia ucieczkę, zwłaszcza smycz rozwijana z "rączką", co kończy się tragicznie.
Smycz w sytuacji zagrożenia życia kota, a także w sytuacji gdy kot wpadnie w panikę najczęściej go pogrąży. Widziałam mnóstwo kotów, które bez problemu umykały psom na drzewo, murek, czy cokolwiek wyżej położonego, a nawet uciekając do domu, ale nie widziałam ani jednego kota, który zostałby uratowany przez człowieka dzięki uwiązaniu go na smyczy.
Miałam kiedyś kotkę, Kropkę, mojego pierwszego kota w samodzielnym, dorosłym życiu. Kropka była od małego przyzwyczajana do wycieczek samochodem w różne miejsca - na biwak, weekendowy wypad do górskiej chatki, na leśną polanę itp. Była najbardziej szczęśliwym kotem, gdy otwierały się drzwi samochodu, a ona mogła pognać na jakieś drzewo czy w chaszcze. Wracała na zawołanie i sama dbała o swoje bezpieczeństwo. Gdy tylko zbliżał się ktoś obcy, obojętnie czy z psem, czy sam człowiek, to uciekała albo na drzewo, albo do auta, albo do domku, w zależności od sytuacji. Gdy niebezpieczeństwo mijało schodziła niespiesznie z drzewa i dalej zajmowała się swoimi ważnymi sprawami

.
Mój obecny kot, Pedro, należy do panikarzy i tym bardziej nie wyobrażam sobie uwiązania go na smyczy. Kiedyś chciałam go nauczyć, tak na wszelki wypadek. Miałam smycz rozwijaną i założyłam mu ją w domu, przy pozamykanych drzwiach. Nagle tak się zerwał i zaczął szarpać, że wyrwał mi z ręki rączkę smyczy i zaczął uciekać w panice po całym domu. A ciężka rączka smyczy oczywiście "zaczęła go gonić", bębniąc i obijając się o ściany, podłogi i meble. To była masakra. Zanim udało mi się go złapać, kot był wykończony, chyba krótko przed zawałem. Wyobraziłam sobie taką akcję poza domem i już nigdy nie ubrałam Pedra w smycz.