Nie wiem, co jest istotne, a co nie.
Wydaje mi się, że zaczął po moim powrocie do domu, czyli wieczorem, bo zwymiotował sporą porcją wody, a żadnych niestrawionych mięsnych wymiotów nie znalazłam. W nocy wymiotował, bądź próbował, kilkakrotnie. Piszę: próbował, bo antykoci dywan typu shaggy utrudnia znalezienie ewentualności.
Oba koty zrobiły wczoraj kupy, obie w porządku. Wieczorem Cirdan właził i wyłaził z kuwety, nie mógł się coś zdecydować, nie napinał się, ale pomiaukiwał (choć to w jego przypadku nie musi o niczym świadczyć) i po którymś wyjściu z kuwety poszedł i zwymiotował.
Osowiały.
Wodę pije.
Jeść nie chce.
Jeśli to jakieś gigantyczne zakłaczenie, to zdarzyłoby się po raz pierwszy. Moja pierwsza myśl była, że to mechaniczne.
Mieszanka do tej pory nie sprawiała problemów, nic się nie zmieniło. Może zrobiło się trochę cieplej? - rano wychodzę zanim skończą jeść, mogło coś w misce zostać, kiedy wróciłam miski były puste. Nie jestem w stanie niczego wywąchać, akurat mięsnych zapachów nie czuję, widzę tylko, że Sanjiro kłopotów nie ma.
Teraz jestem w pracy, zobaczę, jak kot będzie wyglądał po południu, jeśli nadal osowiały to co? Do weta? I co mu mówić? Jeśli to mechaniczne, że pożarł coś, nie wiem, kawałek sznurka powiedzmy, to rtg. Ale kiepsko stoję z kasą, więc wolałabym wiedzieć od czego warto zacząć, co daje największe szanse identyfikacji problemu.
Choć mam nadzieję, że to jakieś gigantyczne kłaki i jak wrócę, to Cirdan będzie znów padał brzuszkiem do góry na mój widok.
Macie jakieś pomysły?
