Na pierwszy ogień zamieszczę historię Pinto.
Oto i ona;
Początkiem upalnego sierpnia, zobaczyłam ONO.
Było w towarzystwie jakichś innych, zupełnie do niego nie podobnych, tak, tak to były też koty oczywiści nie jakiś inny gatunek fauny, ale zwykłe dzikuski dachowce, a ON szlachetnie umaszczony, inny.
ONO było takie maciupeńkie, takie beztroskie i radosne nawet pomimo rozległej widocznej infekcji.
Rozpytywałam wokoło. Może ktoś się NIM opiekuje ? Może do kogoś należy ?
Nikogo takiego nie znalazłam, ale już wówczas, zapewne nie ja ale moja podświadomość budowała z jego podświadomością relacje.
Ja już wtedy kombinowałam, że jest niczyj i że nikt się ostatecznie do NIEGO nie przyzna.
A było to pamiętnego 9 sierpnia 2007 AD.
Minęło szmat czasu od kiedy Pinto... Miki Pinto stał się członkiem naszego stada.
Mamy rok 2013 i wszyscy się postarzeliśmy i tyle się wydarzyło.
Teraz stado liczy pięciu osobników, tzn. ja na stałe, Syn z doskoku, Inez kotka 12 letnia, Pinto 6 latek i Fudzi rok młodszy........był też Mania
Właśnie w tamtego upalnego sierpnia, przez kolejnych dni kilka, po wielokroć odwiedzałam miejsce gdzie spotkałam ONO, ale nikogo z dwunogów nie było aby o więcej informacji z życia grupki dopytać.
Codziennie zanosiłam przeróżne smakołyki i przysmaczki, a zabierałam ze sobą coraz to większą tęsknotę i niecierpliwość.
Trwało to tydzień, a może dni 10.
W końcu ostateczna decyzja podjęła się jakby samoistnie.
Pojechałam do miejscowego Veta i opisałam sytuację całej kociej gromadki. zadawałam mnóstwo pytań
To był tylko jeden z tysięcy takich światów....kocich światów gdzie są niczyje i bezdomne, a ja po raz pierwszy w nim się znalazłam i od razu rzuciłam na głęboką wodę i chcąc pomóc wszystkim naraz.
Moje ówczesne zachowania wyglądały trochę jak akcje kamikadze podczas II wojny.
Walki w urzędach, pisma, rozmowy, przekonywania różnych ważnych i mniej ważnych.
Ale to historia na zupełnie oddzielny temat. Może do niego kiedyś powrócę.
Wracając do Pinto, ustaliłam, że jego kilkuosobowa rodzinka to mama łaciata i drobna w kolorze czarno-białym, chyba wuj takiż sam tylko nieco masywniejszy i większy oraz taki niczego sobie Kocurek, najodważniejszy z nich wszystkich, zawsze pierwszy przybiegał na zawołanie, był innej maści, pręgowany i nie szary, a bardziej brązowo-zielonkawy z dziwnym kędziorkiem na czubku głowy, no i Pinto, beztroska, zasmarkana maleńka kicia bez płci.
Wtedy nie to było ważne i nie myślałam czy to chłopczyk czy dziewczynka ?
Dopiero jak pojechaliśmy na pierwsza wizytę do veta padło to pytanie, ale było za wcześnie na odpowiedź.
A ja spotkałam swoją miłość, miłość od pierwszego wejrzenia.
Takie porozumienie jest rzadkością i zachodzi w ułamku sekundy, a na czym to polega ? Najstarsi górale tego nie wiedzą.
Można jedynie domniemywać, że jeśli cos odbywa się na linii oczu i spojrzenia to ważne być musi.
Oczy to zwierciadła duszy, a wiadomo wtajemniczonym, że dusza to nie takie byle co.
Pinto od razu wzbudził we mnie uczucia różnorakie, a gdy spostrzegłam, że jego dwie niebieskie plamki, którymi starał się patrzyć na świat i mnie prosto w oczy były chore to tym bardziej współczucie przelało mi serce po brzegi
Dopiero u Veta się dowiedziałam, że to Koci Katar i jest chorobą z gniazda, od matki, że prawie wszystkie koty bezdomne na to chorują.
Słabiej, mocnej ale jednak.
Koci Katar może zabić, tak powiedział Wet. Strach mnie ogarnął i panikowałam.
Obudził się uczucia odpowiedzialne za mojego przecież kota o moja miłość.
Zabrałam go natychmiast i nie obchodziło mnie to czy jest czyjś. Nawet jeśli to jak mógł pozwolić na taka infekcje.
Niech się dzieje wola nieba. To już nie wybór to konieczność.
Poszło nadzwyczaj szybko i bez drapania. Pinto troszeczkę popłakał w pudle kartonowym, ale droga do veta to 5 minut wiec nie było dużego stresu.
Pinto był w nadzwyczaj dobrej formie psychicznej, nie wykazywał strachu i zaprzyjaźniał się błyskawicznie, a to co nastąpiło w kolejnych miesiącach tylko mi potwierdziło jak mocno chcieliśmy mieć siebie i do siebie należeć.
Pinto, bo wtedy już wtedy miał imię, okazał się być mocnym kotem , tak, tak właśnie kotem, a nie kotką. Dzisiaj się z tego cieszę, ale wtedy naprawdę nie miało to dla mnie żadnej różnicy.
Nie płeć zdecydowała o tym czy go przygarnę czy tez nie, chociaż wiadomo, że kotki wymagają dłuższej i większej staranności w opiece np. po sterylizacji, a i w domu w W-wie rozgrywało się nieszczęście, bo od kilku miesięcy odchodził od nas Mania kocur rudy cierpiący na przewlekłą niewydolność układu moczowego.
Okres kwarantanny przechodziliśmy na wsi. Zasypiał w moim łóżku, na mnie, pod pachą , wzdłuż kręgosłupa wyciągnięty jak struna
przywierając do mnie cała długością swego delikatnego ciałka.......
No, a wracając do Veta. Vet jak to vet, zapisał coś tam różowego, okrągłego
do podzielenia na cztery części, raz dziennie podawać małemu.
I tak się zaczęła walka z choróbskiem, która trwała dobre pół roku, a może dłużej.
Cały czas nosiłam przy sobie pieluchę z tetry, która wycierałam smarkający nosek.
Wymagał tak wielkiej staranności w opiece jak chore niemowlę.
Ale od pierwszych chwil uwielbiał dotyk i zabiegi pielęgnacyjne i już pierwszego wieczoru wspinał się po moich nogach aby dotrzeć do twarzy i mnie sobie obwąchać
Odmywałam nosek i oczy aby chociaż od czasu do czasu mógł popatrzyć na ten Boży Świat. Niestety obustronny koci katar z krwawymi wysiękami był tak uporczywy i wlókł się przez kilka miesięcy.
Pinto był hołubiony go jak najdroższy skarb
A Mania umierał.....
Smutek rozdzierający serce i radość z nowego uratowanego promyczka.
Takie jest to Zycie pełne wyborów i determinacji.
Pinto był od pierwszych chwil kotem interaktywnym i wymagającym uwagi całego otoczenia.
Wszystko widział pomimo chorych oczu, wąchał, lizał, dotykał.....jak taka pajęcza łapka musiał wszystko sprawdzić własno-łapnie.
Wiadro z wodą? A co to takiego? Można przecież chodzić po krawędzi, a co to woda ?
Jak do niej wpadł i się wykąpał calusieńki to raz nie wystarczyło. Powtórki były, bo i ciekawość byłą. Ręczniki papierowe do wytarcia futerka ? Co to takiego, szeleści jest tego dużo, ale przynosi ulgę...Uciekać czy nie ?
Dzisiaj wbiegając do domu z voliery gdy zapomni się w zabawie na deszczyku letnim, uwielbia być wycierany właśnie papierowym szeleszczącym ręcznikiem, paradując przede mną, w kolejnych nawrotach pokazuje mi miejsca, które należy dosuszyć.
Kocie Panisko.
Pinto dzieli i rządzi i rozdaje wszystkim miłość, jest światłem, hipnotyzuje swoim cudownym szafirowym kolorem oczu stworzonym przez Naturę, mistrza jedynego.
Ich kształt zmieniający się często mówi więcej niż wszystko pozostałe jak np. mowa ciała, ustawienie uszu, podkulenie ogona, niższy przysiad na łapach... I te nieustające całusy, baranki, miźnięcia lub tez paragrafy, w które potrafi wywinąć swe ciałko…oczywiście podwoziem do góry w półskręcie, całym skręcie lub w pozycji która jest możliwa do przyjęcia tylko dla niektórych ras zwinnych kotów.
Pozostałe dwa Inez i Fudżi nigdy w życiu nie byłyby w stanie wykonać takich wygibasów.
Syjamy-taje mają wiele odcieni futerka, które jeszcze dodatkowo pogłębia efekt zwinności, bo ono opalizuje i mieni się różnymi odcieniami point'ów, ale wszystkie łączy jedna wspólna cecha. Sierść jak u foki - coś doskonałego.
A wibrysy ? To mistrzostwo świata, nigdy nic tak doskonałego nie widziałam. Prążkowane poprzecznie w barwie odpowiadającej umaszczeniu.
Pinto całej gamy mruknięć, miauknięć używa tylko wtedy gdy chce coś wymusić,
wie że mnie tym denerwuje, ale nasila, ale pomimo moich ostrzeżeń kontynuuje, częściej spoglądając na moją twarz czy już nie przekroczył granicy.
Odnosi skutek, albo pozytywny albo negatywny.
Bywają wojny miedzy nami. Tak i to nierzadko.
Kto wygrywa ? Wie ze jest kochany i tylko czasem udaje ze jest posłuszny.
Ale to właśnie on otworzył moje serce na świat zwierząt i właśnie dlatego traktuje go zupełnie wyjątkowo.
Nigdy wcześniej nie znałam takich emocji.
Bez niego nie byłoby tylu nowych ścieżek i tylu nowych dróg którymi można nieść miłość co dnia i przynajmniej próbować być lepszym
Bez niego nie odkryłabym, że porozumienie bez słów stokroć więcej znaczy.
Jest draniem największym w centralnej Europie i pod słońcem na Ziemi, ale ogólnie wiadomo, że koty to DRANIE.
Zanotowała taki slogan; Syjam to kot królów, król kotów.
Trochę danych z netu;
.Syjamy są najstarszą rasą kotów na świecie.
Znane były już od zamierzchłych czasów.
Pierwsze informacje o kotach w kolorze point pochodzą z terenów dzisiejszej Tajlandii z pierwszej połowy XIV wieku.
Zdecydowanie lepiej czują się w grupie niż samotnie.
Syjamy obalają mit kota samotnika! Jeśli miałyby pozostawać same w domu przez wiele godzin, najlepiej od razu pomyśleć o dwu kotach, i to dwu kotach tej samej rasy.
Syjamów nie powinni z pewnością posiadać ludzie, którzy marzą o spokojnym cichym i mało ruchliwym kotku.
Natomiast wszyscy, którzy chcieliby mieć zwierzę inteligentne, bardzo kontaktowe, wesołe i wyjątkowo mocno związane emocjonalnie z opiekunem, nigdy nie pożałują decyzji o wyborze tej właśnie rasy.
Koty syjamskie są łatwo rozpoznawane ze względu na swój charakterystyczny kolor o nazwie point, szafirowe oczy, elegancję Tancerek Degasa, zwinność łani, lwią odwagę,
psie przywiązanie, arystokratyczne maniery, niezwykłą inteligencję i operowy głos.
Głos syjamów jest nie tylko donośny, ale także chrapliwie skrzekliwy.
Syjamy komunikują się głosem między sobą, ale przede wszystkim z ludźmi.
Witają wesołym mruknięciem, potrafią zaprzeczyć głośnym "nie"!
Koty tej rasy są najbardziej rozgadanymi i rozśpiewanymi kotami na świecie.
Można ten głos pokochać
I wszystko to prawda a od siebie dodam jeszcze, ze potrafią godzinami pięknie
opowiadać swe długie historie i śpiewać chrapliwym głosem Joe Cockera.
Taki jest właśnie mój Pinto
