Zwiększyliśmy więc intensywność poszukiwań i tak trafiłam w Internecie na informację o kotach syberyjskich. Pomyślałam, że to na pewno kolejna ściema, bo nie ma takiego kota, który by mnie nie uczulał, no ale próba nie strzelba. Tak więc umówiłam wizytę w hodowli, w której mieszkało 5 dorosłych kotów i tak się akurat złożyło, że było dodatkowo 10 kociąt z 2 różnych miotów
I tak kremuska Walkisia była już prawie nasza, trzeba było jeszcze poczekać aż skończy 3 miesiące i będzie gotowa do oddania. Tydzień przed odbiorem Walki, hodowczyni z którą zdążyłam się zżyć, napisała na forum Sybiraków, że kuzyn Walkisi – Xerox jest wolny. Xeruś był nazywany „kotem z bajki”, bo jest przepięknie umaszczony i każdy kto odwiedzał krakowską hodowlę od razu się w nim zakochiwał, no ale Xerox miał iść do hodowli do Holandii, więc można było sobie co najwyżej na niego popatrzeć. Więc jak tylko dowiedziałam się, że jest wolny zadzwoniłam do mojej babci i zaczęłam mówić, że przecież 2 koty się lepiej dogadają, będą się bawić, no i nie będą się nudzić jak nas nie będzie, a 2 czy 1 co to za różnica …Do mamy zadzwoniłam dopiero jak babcia się zgodziła kupić Xerusia, wiedziałam, że nie pójdzie mi z nią tak łatwo, no ale została poinformowana po fakcie dokonanym, cóż mogła zrobić?
Przez cały ten czas jak Walki z Xeroxem byli z nami nie zastanawiała mnie jakoś kwestia żywienia. Weterynarze byli zgodni co do jednego sposobu żywienia, hodowcy z SIBkowego forum też – to byli dla mnie guru, skoro oni tak mówili, to co ja mały robaczek mogłam mieć za zdanie.
Bodźcem do przemyśleń żywieniowych była kastracja Xerusia, bo wszyscy ostrzegali mnie żeby nie przytył nadmiernie. Ja właściwie to bym się bardzo cieszyła gdyby choć troszkę przybył na wadze, bo jak na kocura syberyjskiego to mu się w ogóle nie wyrosło. Przed przejściem na BARFa w wieku 2 lat ważył tylko 3 kilo. Nawet Walkinia była od niego większa, straszny wstyd dla faceta
Zaczęliśmy BARFowanie w lutym tego roku i poszło nam szybko i sprawnie. Rzuciłam swoje futrzaste na głęboką wodę, bez jakichś ceregieli zabrałam chrupy z dnia na dzień i musiały po dniu głodówki przerwać swój strajk. Tak sobie spokojnie żyliśmy aż do czasu, kiedy Bartek zadecydował, że kupi mi kota zaręczynowego – mojego wymarzonego od zawsze czarnuszka. Pomysł cudowny, bo ja całym swoim sercem nie znoszę biżuterii i oświadczyłam, że żadnego pierścionka nosić nie będę
Zaczęło się więc poszukiwanie owego murzynka, który urodził się akurat w Warszawie. Zdecydowaliśmy od razu, że Reggae będzie nasza. Pojechaliśmy ją odwiedzić, a tam … siostrzyczka Rumba skradła nasze serca w sekundę. Musielibyście ją zobaczyć na żywo, bo mnie się nigdy tak umaszczone koty nie podobały, ale ona ma taki charakter, że nie sposób jej nie pokochać w 3 sekundy. Rumba mruczy non-stop i to nie jest żart. No dobra, przestaje gdy śpi, je i się bawi. Mruczy na rękach, jak się myje, mruczy u weta, w transporterku, na odgłos swojego imienia też mruczy. To jest tak rozkoszne, że musieliśmy je wziąć razem – nie było innej opcji.
No i tym sposobem mamy w domu 16 łapek, co napawa nas ogromną radością. A najfajniejsze jest to, że po mojej alergii ani śladu, no ale na tym właśnie polega odczulanie
Dziewczyny oczywiście od samego początku, tzn. odkąd są u nas tylko na 100% BARFie. Rumba do tego stopnia się wciągnęła, że jak wyjechaliśmy z całą bandą do Czech i w ostatnim dniu skończyła mi się mieszanka, to nawet nie tknęła mokrego ZiwiPeaka. No ale dla nas nie ma ograniczeń, wszędzie gdzie jest zamrażarka albo nawet lodówka da się jechać i przetrwać, a jak nie ma to bierzemy pudło z suchym lodem i też dajemy radę.
Ależ się rozpisałam
To jest nasza kremuska Walkisia:

A to murzynka Reggae i bikolorka Rumba:

I w końcu jedyny facet w tym kocim towarzystwie Xeruś:

