Zacznę od tego, że mam m.in. truskawki w ogrodzie (które właśnie ze smakiem pożeram

) i nie jestem już w stanie zjeść truskawek kupnych, nawet takich od okolicznego rolnika, bo one zwyczajnie są beznadziejne i z prawdziwymi truskawkami nie mają nic wspólnego. Są to jedne z najobficiej pryskanych chemią owoców, wszędzie. Tymczasem moje, nigdy niczym nie pryskane, nawożone jedynie kompostem, to soczyste niebo w gębie. Mam 3 odmiany, każda o innym, wyraźnie wyczuwalnym smaku, aromacie i zapachu. Rany, jak te truskawki pachną! Wprawdzie zdarza się, że jakaś jest nadjedzona przez ślimaka lub dziobnięta przez ptaka, ale dla mnie to nie problem. Każda jest innej wielkości, a często bywają takie "niekształtne". I co - z tego powodu miałabym się faszerować chemią?
Odnośnie jabłoni. Jakieś 100m od mojego domu zaczynają się opuszczone dawno temu, bardzo stare ogródki działkowe (czy też to, co z nich zostało). Aby sie tam dostać trzeba przedrzeć się przez chaszcze i pokrzywy, ale jakie tam są owoce! Od dziesiątek lat niczym nie nawożone i nie pryskane drzewa i krzewy żyją i owocują. Owoce, jak na komercyjne standardy nie są może zbyt piękne, a na pewno nie są tak wielkie jak sklepowe (przenawożone azotem), ale są soczyste i aromatyczne, a także takie jakby "gęste” w strukturze. Poza tym rośnie w okoliocy całe mnóstwo jabłonek posadzonych dawno temu wzdłuż dróg wytyczonych dla rolników pomiędzy polami lub prowadzących od osiedli do lasów. Nikt się tymi drzewami nie zajmuje, a tony jabłek walają się po ziemi. Chodzę i zbieram w sezonie i nie zauważyłam by były chore. Sama mam 3 własne jabłonki ale jeszcze bardzo młodziutkie (3-letnie) więc plony są niezbyt obfite i dlatego posiłkuję się zbieranymi dziczkami. W tym roku jedna z jabłonek trochę mi choruje w związku z długotrwałą deszczową i zimną pogodą (grzyb), staram się ją jednak wspomagać naturalnymi metodami. Duże, stare drzewa z okolicy nie mają w związku z pogodą żadnych objawów chorobowych, podobnie jak dwie moje pozostałe jabłonki.
Zastanawiam się, czy czasem nie jest tak, że rolników i sadowników uczą przedstawiciele koncernów chemicznych, podobnie jak lekarzy uczą firmy farmaceutyczne. Gdy ktoś chce się dowiedzieć, jak uprawiać jabłonie natychmiast jest szkolony, że trzeba pryskać preparatami grzybo-, bakterio- i owadobójczymi w całym sezonie wegetacyjnym co 4-6 dni, różnymi środkami i dodatkowo po każdym deszczu przeciw grzybom. No i robi się z tego kilkadziesiąt oprysków w sezonie, od momentu nabrzmiewania pączków do opadania liści. Tak pryskane drzewa nie są w stanie wytworzyć własnej odporności przeciwko chorobom i szkodnikom, dlatego gdy raz się zacznie używac chemii, nie można już przestać bo drzewa umrą. Jabłonie są dziś najmocniej pryskanymi drzewami w sadach. Dodatkowo, drzewa te są uprawiane monoklulturowo na wyjałowionych glebach i nawożone nawozami zawierającymi zbyt dużo azotu oraz zero mikroelementów. Owoce są wówczas "napompowane" i składają się wyłącznie z cukru.
Kolejną sprawą są "obowiązkowe" cięcia drzew owocowych oraz szczepienie ich na podkładkach skarlających pochodzących z drzew innego gatunku (by łatwiej było sadownikom pryskać chemią i zbierać owoce). Podkładki, na których szczepi się drzewka, mają za zadanie regulować ich wzrost, wbrew temu co naturalnie mają dane w genach. Jeśli dane drzewo z natury rośnie silnie, to znaczy że Natura po coś wyposażyła dany gatunek w taką cechę, na przykład po to by lepiej radziło sobie z bakteriami czy szkodnikami. Tymczasem ludzie szczepią takie drzewko na podkładce z innego drzewa, która sprawia, że rośnie ono do wysokości max. 1,5m, gdy bez podkładki rosłoby naturalnie do 15m. I jak takie drzewko ma być zdrowe i zachować naturalny cykl produkcji naturalnych owoców? Ponadto nie pozwala się drzewom na wykształcenie pnia, gdyż "trzeba" je ciąć już jak mają 50 cm wysokości po to "by wykształciły gęstą koronę". Później co rok tnie się drzewka "dla ich zdrowia" oraz "ładnego kształtu", robiąc im za każdym razem mnóstwo ran, przez które wnikają drobnoustroje. No i potem znów trzeba pryskać, by pozbyć się tych chorób.
Obserwuję z bólem serca jak strasznie męczą się te szczepione i cięte drzewka owocowe, jak bardzo mają zniekształcony pokrój i zaburzony wzrost, jak są słabe i łamią się pod ciężarem owoców, które są niewspółmiernie duże w odniesieniu do wielkości drzewek.
To wszystko oczywiście z punktu widzenia niefachowca i nierolnika, który ma nie po kolei w głowie, bo "nie idzie z duchem czasów".
Jedyne co mogę powiedzieć na całokształt problemu to: "człowieku, sam sobie zgotowałeś ten los i teraz umieraj w męczarniach pochłaniając całą tą chemiczną żywność".
Ech, rozpisałam się ale mam nerwa na cały ten przemysłowy system produkcji milionów ton chemicznej żywności, którą potem się wyrzuca, bo jest jej zwyczajnie za dużo i jest za tania (system subwencji rolniczych).
Na koniec dodam jeszcze jako ciekawostkę to, że uprawiam w swym przydomowym warzywniku pomidory pod gołym niebem, bez jakichkolwiek tuneli, namiotów i innych udziwnień. Moje pomidory dojrzewają w pełnym słońcu i "jedzą", jak wszystkie pozostałe rośliny, jedynie smakołyki w postaci kompostu, obornika czy różnych gnojówek np. z pokrzyw. Gdy pierwszy raz, 4 lata temu, wsadziłam pomidory do ogródka i pozwoliłam im się rozkrzaczyć, przybył sąsiad i z miną znawcy powiedział, że bez folii mam zapomnieć o owocach, a jak nie będę ustrzykiwać wszystkich pasierbów, to roślina pójdzie w liście a nie w owoce i pomidory będą maleńkie jak wisienki. Gdy zbierałam do wielkiego wiadra ogromne pomidory z krzaka o szeokości 2,5m i mojej wysokości, to powiedział że "to jest niemożliwe"

.
Każdy, kto chce mieć jeszcze więcej chemii w żywności powinien wspierać ten biznes swoim portfelem i kupować nieekologiczne produkty, w tym importowane z Chin czy półkuli południowej. Unia Europejska co roku wprowadza zezwolenia na większe dawki chemii w rolnictwie oraz dopuszcza nowe chemiczne środki "ochrony roślin". Pod dyktando lobby rolnego oczywiście, by ułatwić rolnikom życie (a reszcie zatruć).
ciocia_mlotek pisze:Po czym wnosisz, że ten anonimowy człowiek, który napisał 1 post na forum, jest fachowcem?
Też uwielbiam takich "fachowców", co to traktują innych ludzi jak stado baranów, a sami mają spłaszczone zwoje mózgowe. Ale grunt to dobre samopoczucie i pewność siebie.
I nie żebym to ja się czuła fachowcem w uprawie jabłoni, bo nim nie jestem i nigdy nie będę, ale tekst zacytowany przez Sojuza jest zwyczajnie poniżej krytyki.