Ponieważ dział homeopatyczny jest jeszcze w przygotowaniu, a że jest to dziedzina tak bardzo odmienna od tej medycyny, którą znamy na co dzień (w tym i zielarstwa), że trzeba sporo poczytać, żeby zrozumieć jej istotę, postaram się odpowiedzieć na razie w sposób dość bardzo ogólny. Chociaż wiem, że nawet tak ogólne potraktowanie tematu będzie odwróceniem do góry nogami wszystkiego, czego "odpowiedzialny kociarz" nauczył się czytając fora i publikacje, i rozmawiając z innymi tzw. świadomymi opiekunami.
Przede wszystkim - obiema rękami podpisuję się pod radą Sihai, żeby dać na razie kotu spokój. Dużo spokoju.
Objawy, które ma, nie zagrażają jego życiu i nie powodują bardzo znaczącego dyskomfortu dla niego, a śmiem twierdzić, że nieporównywalnie większy dyskomfort stanowią nieustanne badania, wizyty u weta i rujnujące fizycznie organizm ustawiczne terapie lekowe. I ten dyskomfort też nie jest bez wpływu na ogólną kondycję jego organizmu. Zwłaszcza, jeśli towarzyszy mu stałe napięcie psychiczne ze strony opiekunki, która chociaż działając w dobrej wierze, oddziałuje na psychikę kota destruktywnie.
Za to taki "przypadek" jest żyłą złota dla wetów, którzy przecież nie powiedzą opiekunowi "weź, wyluzuj, bo nie jest to jest stan, który zagraża życiu", a przeciwnie - będą go utwierdzać w przekonaniu, że jakiekolwiek "zaniechanie" odbije się tragicznie na zdrowiu kota i nie ma innego wyjścia, jak tylko "leczyć, badać, leczyć, badać, leczyć, badać" i tak w nieskończoność (przećwiczyłam, piszę z autopsji).
Trzeba przy tym mieć świadomość, że efektem konwencjonalnego leczenia tego typu dolegliwości ( zwłaszcza lekami sterydowymi) jest ich coraz większe nasilanie się, co wymaga coraz mocniejszych leków, w coraz większych dawkach - a w końcu jako opiekun/pacjent stajemy pod ścianą, bo w pewnym momencie możliwości nowoczesnej medycyny się kończą, a stan ogólny pacjenta jest coraz gorszy i dolegliwości coraz bardziej zaawansowane.
W tym wypadku pierwszy etap terapii powinien objąć opiekunów.
Agnieszko, proszę, tylko się przypadkiem nie obraź się i zrozum mnie źle:
Spróbuj zastanowić się na spokojnie, czy naprawdę Twój kot musi być w 100% pozbawiony wszelkich objawów i niedomagań, nawet tych, które nie stwarzają zagrożenia?
Czy koniecznie musi w każdym aspekcie być doskonały, nieskazitelny i przypominać nowiutką, czyściutką maszynkę na gwarancji?
Czy to da mu szczęście, czy też raczej da jego opiekunom świadomość posiadania doskonałego, rasowego "osobnika"?
Czy może jednak można by było spróbować zaakceptować pewne niegroźne niedoskonałości zdrowotne, po to, by uchronić kota przed znacznie poważniejszą patologią, która może rozwinąć się dokładnie z powodu leczenia tych - w zasadzie kosmetycznych - defektów? Zwłaszcza, że jest bardzo prawdopodobne, że - z holistycznego punktu widzenia, te drobne dolegliwości stanowią swoisty "wentyl bezpieczeństwa" dla organizmu. Wydaje się to paradoksem, wiem o tym - to zagadnienie wymaga odrębnego wykładu i taki wykład oczywiście będzie, jako jeden z najważniejszych aspektów całej holistyczno-homeopatycznej filozofii.
Na potwierdzenie tego, co piszę, przytoczę artykuł lek. med. Anny Sosnowskiej, który może choć trochę ułatwi zrozumienie istnienia tego mechanizmu:
http://www.homeopatia.net.pl/czytelnia/sposob.pdf .
Poza tym, każda (powtórzę raz jeszcze: każda!) choroba zaczyna się" w głowie" - to może zostać uznane za zbyt duże uproszczenie, ale jak zobaczycie później, z punktu widzenia homeopatii choroba to nie jest "ropa z oka" czy "grzybica", ale ogólne zaburzenie równowagi organizmu, które gdzieś musi mieć swój początek - czasami takim "starterem" może to być np. jakiś silny silny stres, jako punkt zapalny, od którego zaczynają się różne niepokojące objawy.
Pisząc "dać spokój" nie jestem gołosłowna. W moim niemałym i problemowym stadzie mam najstarszego rezydenta Oswalda, który przez całe swoje "przedhomeopatyczne" życie prezentował dokładnie takie same objawy - ze strony oka i ze strony układu oddechowego. Zresztą Wasz problem w ogóle przypomniał mi, że takie problemy kiedyś miały u nas miejsce, ja sama zdążyłam już dawno o nich zapomnieć.
Z tym, że nigdy nie usiłowaliśmy tego leczyć za wszelką cenę i uznaliśmy to za konsekwencje przebycia kociego kataru w dzieciństwie. Kocisko ma aktualnie 10 lat i nigdy nie łapało żadnych poważnych infekcji. Jedyną poważną przypadłością jest skłonność do tycia, o której już pisałam w wątku głodomorów, a którą w dużym stopniu udało się wreszcie przełamać. Powtarzające się co jakiś czas epizody silnych zaostrzeń wycieku z oczu łagodziliśmy kroplami ze świetlikiem (krople homeopatyczne ze świetlikiem, prod. Decymal; doraźnie możesz również spróbować ich użyć w sytuacji zaostrzenia), jednak tylko w razie naprawdę wyraźnej potrzeby - a co do reszty objawów, to, jak zawsze powtarzałam Kotu Oswaldowi: "miałeś, chłopie, szczęście, że nie trafiłeś do odpowiedzialnego forumowego domku, bo by cię, kocie, zamordowali leczeniem".
To samo zresztą mówię dwojgu kotom z ziarniakiem liniowym i kotce, mającej za sobą okres wylizywania się do gołej skóry.
A skoro już jestem przy tych trzech kotach - to w ich przypadku zapalnikiem problemów stało się szczepienie (dwa z nich były szczepione tylko raz w życiu, ale to wystarczyło, żeby rozstroić układ immunologiczny). Jest to zresztą częsta przyczyna rozwoju zaburzeń autoimmunologicznych - myślę, że regularne (czyli częste) powtarzanie szczepień u Twojego kota też nie pozostaje bez wpływu na jego ogólny stan zdrowia.
Być może samo odtrucie szczepień (istnieją homeopatyczne metody odtruwania) podniosłoby komfort życia Froda.
Leczenie chorób przewlekłych, a zwłaszcza alergicznych i autoimmunologicznych jest trudne, długotrwałe i wymaga naprawdę ogromnej wiedzy i doświadczenia homeopaty, a oprócz tego - mnóstwa wiedzy i samozaparcia u pacjenta/opiekuna. Z reguły organizm który był traktowany przez długi czas lawiną leków chemicznych tłumiących objawy (w tym zwłaszcza sterydowych), nie reaguje prawidłowo na leki homeopatyczne i wymaga najpierw mozolnego oczyszczenia. Dopiero w następnej kolejności można mówić o wyprowadzaniu z dolegliwości głównej i na pewno nie jest to zadanie dla amatora, zwłaszcza, że z kotem nie da się przeprowadzić wywiadu i bazujemy jedynie na własnych obserwacjach i ich interpretacji (a to wymaga naprawdę solidnej dawki wiedzy "na wejściu" od opiekuna). Natomiast zdecydowanie należy skupić się na tym, aby w takiej sytuacji jak najmniej szkodzić, a ewentualne stany ostre (infekcje, urazy itp.) jeśli to tylko możliwe to tylko możliwe, leczyć w sposób jak najbardziej naturalny, starając się raczej nie dopuścić do rozwoju infekcji, niż leczyć stan rozwinięty.
Reasumując: moim zdaniem należałoby zacząć od zmiany Twojego nastawienia do jego "choroby" . Dać kotu czas i spokój, a w międzyczasie poczytać jak najwięcej literatury ogólnej dotyczącej zdrowia i choroby w ujęciu holistycznym. Biblioteczka literatury popularyzującej homeopatię wkrótce się tutaj pojawi - na pewno przeczytanie choćby kilku pozycji na początek pomoże Ci zrozumieć pewne zjawiska i mechanizmy rządzące zdrowiem i leczeniem, co pozwoli dużo spokojniej podejść do problemu i zaleceń konwencjonalnych wetów.
Na spokojnie i już z pewną wiedzą można będzie spróbować poszukać lekarza (niekoniecznie weta, może być ludzki homeopata i niekoniecznie w pobliżu miejsca zamieszkania), który byłby w stanie doradzić drogę postępowania - to byłoby najlepsze i najskuteczniejsze rozwiązanie.