Zaczęło się od operacji usunięcia guza sutka u Mori i komplikacji związanych z leczeniem się rany link
A to mój ostatni wpis w tamtym temacie:
A teraz:Miałyśmy parę dni ulgi kiedy rana przestała ją tak boleć, ale po krótkim czasie Mori zaczęła mi się robić apatyczna. A od dwóch dni ledwo reaguje na mój kontaktPodejrzewałam zapalenie pęcherza (już wcześniej miałyśmy z tym problem, bo jak ją te stawy bolały to wstrzymywała się z sikaniem) albo zapalenie dróg oddechowych (też przez to przechodziłyśmy, bo bidulka ma herpesa). Oczywiście wczoraj z samego rana leciałam na sygnale do weta. Zrobiliśmy morfologię i podstawowe badania krwi - wyszły... idealnie. Jeszcze nigdy nie widziałam tak "zielonych" wyników. Wet osłuchał, powiedział, że "małe szmery są, ale nic wielkiego", moczu nie dałam rady przywieźć, bo jak Mori szła siku to sikała bardzo mało, a nie chciałam jej odstraszyć od sikania moim nadstawianiem się z pojemniczkiem na mocz. Mori ma apetyt, ale wydaje się naprawdę w kiepskim stanie. Większość czasu ma mocno zaciśnięte powieki
![]()
![]()
Dostałyśmy Amoksycylinę (Synulox) jako antybiotyk o szerokim spektrum. Podawany raz na dobę. Dzisiaj (czyli dzień po wizycie u weta), jestem już prawie pewna, że to problem z układem oddechowym, a nie pęcherzem. Wynika to z tego, że parę razy dziś psiknęła co uznaję za pierwsze oznaki zdrowienia. Sama podaję jej też zioła, bo wcześniej nie raz ratowały nam sytuację. Dziś jest to lukrecja, prawoślaz i pokrzywa.
Bardzo się boję o Mori, bo to już w sumie trzeci dzień takiego stanu... Właściwie nie widać poprawy, choć jakby się uprzeć to parę razy psiknęła ORAZ teraz wieczorem przyszła do mnie i położyła się obok (całe dwa dni leżała w jednym miejscu z dwoma wizytami u kuwecie). No ale to są naprawdę drobne zmiany...
Minęło 2,5 doby od wizyty u weta (a więc i na antybiotyku). Generalnie bez zmian w samopoczuciu
Koresponduję z Izą (Pieszczoch) i ona doradziła mi, że to co dolega Mori to ogólne osłabienie po tych całych wydarzeniach z operacją guza i leczeniem rany. Uważam, że to bardzo możliwe - zwłaszcza, że badania krwi były w normie. Dziękuję, Izo
Ale chciałabym się Was poradzić co do uszek. Mori od ok tygodnia ma bardzo brudne uszka. Ogólnie z zasady nie czyszczę jej uszek (może raz na 1-2 miesiące gdy widziałam, że brudne), ale teraz to co się dzieje to jakiś koszmar. Są całe w ciemno brązowej mazi. Czyszczę jej codziennie od 3 dni (Vetoquinol Otifree - wlewam do uszka, masuję i potem wycieram wacikiem). Ale w tych zakamarkach zostaje mnóstwo "brudu"- nie chcę jej męczyć z tym myciem, ALE MOŻE TO JEST PRZYCZYNA jej złego samopoczucia?
Te dwa dni temu wet widział te uszy... ale stwierdził, że od uszu nie może się tak źle czuć... a n są "tylko brudne". Nie jestem teraz tego pewna. Tak jak pisałam o tym wecie - u niego wszystko jest "na szybko" a wtedy nie byłam zapisana, tylko przyjechałam "awaryjnie" więc tym bardziej. Sprawdził te uszy mikroskopem - powiedział, że coś może jak malassezia pachnie w jednym uszku.. Naładował jej do środka mnóstwo lepkiej mazi (zaraz poszukam jak to się nazywa). Mori bardzo to przeszkadzało - w ciągu dnia stopniowo jej to wytarłam wacikiem.
Ona często trzepie uszkami i całą główką, ale nie wydaje się, aby ją swędziło. Sama wydzielina wg mnie nie ma zapachu.
Proszę doradźcie, czy "męczyć" ją teraz tą higieną uszy czy dać jej spokój na parę dni a potem się tym zająć jak Mori dojdzie do siebie?
zdjęcie1
zdjęcie2