poddaję pod dyskusję temat moim zdaniem niezmiernie ważny. Na tym forum wielokrotnie dyskutowaliśmy wpływ złej diety na pogarszanie się zdrowia kolejnych pokoleń, ale kwestia doboru naturalnego gościła tu raczej rzadko i jako sprawa marginalna. Tymczasem to właśnie jest moim zdaniem sprawa zasadnicza, bo genów nie da się przewalczyć żadną, nawet supernajlepszą dietą.gpolomska pisze:Koty generalnie chyba są coraz słabsze (karmy? brak selekcji naturalnej? inne przyczyny?) - kolega mieszka na wsi takiej, że pies ogonem szczeka... kiedyś koty żyły mu 15-20 lat i weta nie widziały. Teraz ma dwa (jeden wychodzący) i nawet roku nie miały jak już u weta był antybiotyk. Tamte jadły cokolwiek i polowały, a te od byle czego rzadka kupa. Itd. Nie wygląda to dobrze.
Oczywiście problem dotyczy wszystkich naszych zwierząt hodowlanych oraz, co może najciekawsze, także ludzi, lecz z racji tematyki Forum odniosę się w tym wątku wyłącznie do tego, jak dziś hodujemy zwierzęta towarzyszące.
Często opisujemy osiągnięcia medycyny (i weterynarii) jako wielki sukces ludzkości, powodujący, że umieralność noworodków oraz młodych przed osiągnięciem dojrzałości drastycznie spadła i liczona jest obecnie w promilach. Ale czy dopuszczając do rozmnażania osobniki, które naturalnie powinny były umrzeć w dzieciństwie, na pewno działamy dla dobra gatunku w dłuższej perspektywie? Moim zdaniem nie, gdyż osłabiamy w ten sposób geny całej populacji, co prowadzi do degeneracji gatunku.
Moje przemyślenia w tym temacie bardzo dobrze oddaje hipoteza s-nastu („s” na 100), na którą się jakiś czas temu natknęłam (zachęcam do przeczytania całości tego krótkiego tekstu):
http://www.physicsoflife.pl/dict/s-nastu.html
Istnieje, zatem, jakiś naturalny próg śmiertelności gatunku Homo sapiens sapiens. Na podstawie badań Susan Scott, opowiadań moich krewnych i cytowanego filmu można domniemywać, że w warunkach braku opieki medycznej, w okresie od XVI do XX wieku, kształtował się on na poziomie około pięćdziesięciu procent. Precyzja w określeniu tej liczby nie jest istotna, w zupełności wystarcza stwierdzenie, że każdy gatunek ma swoją naturalną śmiertelność przedrozrodczą na poziomie s procent. Przez określenie „naturalna” należy rozumieć, że obiekty umierają same z siebie, a nie że są zabijane. Umierają po prostu, z tak zwanych powodów zdrowotnych – s osobników na stu umiera, zanim osiągnie wiek rozrodczy. Świadczy to o tym, że ich projekty są na tyle złe, że nie są w stanie sprostać warunkom zewnętrznym. Oczywiście w konsekwencji nie przechodzą one do dalszych etapów procesu doskonalenia ewolucyjnego. Przechodzą natomiast te, na podstawie których powstały osobniki wystarczająco zdrowe. Zdrowie należy rozumieć jako odpowiedni zestaw właściwości obiektu i odpowiedni ich stan, wspólnie zapewniające życie na tyle długie, by prokreacja stała się możliwa. Na podstawie właśnie takich projektów będzie utworzone następne pokolenie, w którym ponownie zostanie zaobserwowana s-procentowa naturalna śmiertelność przedrozrodcza.
Okazuje się, że w wyniku działania funkcji modyfikującej na zbiór dobrych projektów (z obszaru zielonego w populacji rodziców), czyli tych, którym udało się powielić, w populacji dzieci powstaje ponownie s procent nieudanych! Zatem: działanie funkcji modyfikującej przekształca zbiór dobrych projektów w nowy zbiór, w którym odsetek projektów nieulegających dalszej reprodukcji ponownie kształtuje się na poziomie s%! Zjawisko to zauważył już Darwin, który w „O powstawaniu gatunków...” pisał o naturalnej skłonności organizmów do powrotu (rewersji) do stanu mniej doskonałego.
długotrwałe działanie słabej funkcji selekcyjnej prowadzi w kolejnych pokoleniach do takiej degeneracji projektów genetycznych lub memetycznych, że populacja, z braku odpowiednich przystosowań, wymiera jako całość
I jak wam się to podoba? Jakw tym świetle widzicie ratowanie za wszelką cenę zwierzaków ciężko chorych, odrzucanych przez matki, słabych, z wadami, z cesarskiego cięcia? Co na to hodowcy? Macie jakąś strategię na kolejne dziesięciolecia, która zapobiegnie całkowitej degeneracji organizmów naszych futrzaków? Jak dotąd, zwłaszcza na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat, obserwujemy raczej pogarszanie się zdrowia/genów zwierząt rasowych...Konkluzja:
Hipoteza S-nastu prowadzi do przerażającej z moralnego punktu widzenia konkluzji: czeka nas albo silna selekcja i przetrwanie gatunku, albo brak selekcji i stopniowo coraz większe uwstecznienie aż do momentu utraty zdolności rozrodczych spowodowanych degradacją naszych projektów genetycznych lub memetycznych.
A jak ten temat widzą zwolennicy łapania i kastrowania wszystkich wolnożyjących psów i kotów? Czy spowodowanie, że żaden kot czy pies nie będzie już żył na wolności to na pewno właściwa droga?
Co zrobić, żeby nasze psy i koty nie były coraz słabsze i bardziej chorowite?
Jeśli macie jakieś materiały/linki do badań czy opracowań w tym zakresie, to bardzo proszę o wstawianie

