Co za wieczór, co za noc...
Wczoraj ze względu na maluchy wróciłam do domu wcześniej - już koło 19 byłam u siebie. Niby doglądali ich mój M. z teściową, ale wiecie... Z relacji wynikało, że nakarmione i wszystko o nich ok. Oliwka (jedyna szylkretka) co prawda została zgnieciona przez rodzeństwo, które ułożyło się na niej do snu. Ponoć po obudzeniu miała jakby odruch wymiotny, ale szybko doszła do siebie i zaczęła się bawić, nawet podgryzać.
Gdy weszłam do sypialni, gdzie mieszkają, zbudziły się i zaczęły kręcić. Oliwka zrobiła jakieś dwa szalone skoki niczym mikro-gazela, więc wzięłam ją na ręce sprawdzić jak się ma. I zaczęła mi lecieć. Normalnie w kilka sekund opadła z sił, jakby spłynęła na mojej ręce, główką "przybiła gwoździa". Jak na mój gust miała za niską temperaturę - bardziej zbliżoną do mojej niż do kociej. Szybko zaordynowałam termofor a sama zaczęłam ją masować.
Około godziny ogrzewaliśmy ją i masowali, próbowali podać coś do jedzenia, ale na nic nie reagowała, a wiadomo, nieprzytomnemu nic na siłę. Miała bardzo przyspieszony oddech. Opanowałam trzęsące się ręce, podałam jej zastrzyk z antybiotyku, który wszystkie maluchy przyjmują (koci katar), dziąsełko posmarowałam odrobiną miodu (tak mnie szkolili na kursie z pierwszej pomocy) i sru do weterynarza, choć wątpiłam, czy przeżyje podróż (ściągaliśmy weta współpracującego ze schroniskiem, trochę to trwało).
W połowie drogi (a mieliśmy 30km do przejechania) Oliwka się ocknęła i zaczęła brykać w transporterze. M. do niej zajrzał, to prawie mu zwiała spryciula. U weterynarza wulkan energii. Już myślałam, że uzna nas za niepoczytalnych, gdy nagle Oliwka znów się osunęła. Nie tak drastycznie, jak to miało miejsce w domu, z przyspieszonym oddechem itp, ale jakby ktoś jej bateryjki wyjął.
Wet osłuchał, opukał, wyoglądał. Podał w zastrzyku steryd (nie protestowałam, bo chwilę wcześniej już się z tą kicią w myślach żegnałam, więc nie byłam w nastroju do dyskusji w sprawie słuszności postępowania), podał pyralginę. Płuca czyste, katar tylko w nosie, serducho biło jak należy. Wet był zdziwiony na równi z nami. Zalecił godzinny masaż brzuszka, niewielki posiłek i obserwację.
Noc wszystkie przeżyły.
Oliwka jest strasznie żarłoczna. Włazi do miski z karmą, nie dopuszcza rodzeństwa, cała się tapla w tym i je, je, je. A przy czwórce i konieczności chodzenia do pracy nie mam jak skontrolować qpy. Wet zalecił na dziś kisiel z siemienia na wszelki wypadek, bo brzuszek pękaty i twardy.
Przyjrzałam się dziś preparatowi Milvet, który dostałam na wyprawkę. Ponoć bardzo dobre mleko zastępcze. strasznie drogie - 300g kosztuje ponad 70zł.
Skład:
Odtłuszczone mleko w proszku, olej palmowy, laktoza, mąka z ziarna pszenicy, sacharoza, chlorek sodu + oczywiście witaminy/minerały.
Wstąpiłam do "zdrowej żywności" w drodze do pracy, kupiłam mleko kozie.
to tak a'propos mojego pytania z wątku o karmieniu kociąt:
"
Znalazłam taki przepis: "250ml mleka koziego+ jedno żółtko+ 1 g tauryny + szczypta drożdży + 0.5 ml oleju z łososia". Macie opinię? Koty są pod moją opieką tymczasowo, są schroniskowe i dlatego trochę się waham z decyzją, czy samowolne przestawienie z mleka Milvet na powyższą miksturę będzie bezpieczne?"
wyrobiłam sobie zdanie...