Na imię mam Michał, ale od prawie trzydziestu lat mówią mi Earl, więc tak już zostało. Kociołki w domu pojawiły się prawie równocześnie z dziećmi, a że dziecię najstarsze już studiuje, to i kociołki dożyły już lat swoich szczęśliwych i łowią teraz myszy gdzieś tam, w innym świecie.
Nigdy więcej, powiedziałem. Żadnego kota. Absolutnie. Bo to zawsze ja byłem tym najbardziej kocim pańciem i to mi zostawała największa dziura w sercu, kiedy trzeba było się żegnać z kolejnym futrzakiem. A że człowiek może mieć określoną ilość dziur w sercu, zdawało mi się, że na kolejną się nie narażę.
Człowiek jednak nie docenia siły rażenia pięciolatki... Najpierw się dziecię naogląda starych zdjęć, rodzeństwa, kotków, a potem patrzy niebieskimi ślepkami i prosi. I się wdzięczy. I twierdzi, że to nie fair, że siostra z bratem mieli kotki do towarzystwa, a ona taka poszkodowana, nieboga. I nagle okazuje się, że takie ślepka niebieskie robią te dziury (no, może nieco inne) z równą łatwością, a potem nagle tak się dzieje, że mieszka z nami Płomyczek. O taki:

No, może nie do końca taki, bo taki, to on był trzy miesiące temu. Teraz to jest już prawie pięć kilo maine coona i dokładnie dziś kończy siedem miesięcy. I ciężko mu zrobić zdjęcie, bo leży na moich kolanach i, po pierwsze, perspektywa jest dziwna, a po drugie, jak zobaczy telefon, to próbuje go upolować i tyle z sesji zdjęciowej :)
Od kiedy Płomyczek mieszka z nami, walczymy z jego wybrednym, arystokratycznym żołądkiem. Nie chcę rzucać pochopnych oskarżeń, ale pomimo wszelkich papierów, rodowodów i innych takich, mam swoje podejrzenia co do jakości hodowli, z której do nas trafił. Sądząc z tego, co zeznała mi przez telefon właścicielka tejże, przez pierwsze cztery miesiące swojego życia karmiony był głównie Royal Caninem dla szczeniaków (sic!). W efekcie tego pierwsze półtora miesiąca naszej przyjaźni spędziliśmy pod znakiem wiecznych biegunek, koniecznych kąpieli i bezradności weterynarzy, którzy, nieśmiało rozkładając ręce, twierdzili, że kotu w zasadzie prawie nic nie jest, wszystkie wyniki ma dobre, zapalenie ucha nie powinno skutkować rozwolnieniem, tu jest kolejny preparat, może mu przejdzie, za trzy dni do kontroli proszę
Po wypróbowaniu wszelkich rodzajów karmy, jakie tylko są na rynku, nafaszerowaniu kociołka milionem i trzema kropelkami na boleści wszelakie, załamaniu rąk bezradnym, przekopaniu Internetu w nadziei zdobycia mądrości dodatkowej i nieśmiałym teście degustacyjnym okazało się, że kłopoty żołądkowe ustąpiły po tym, jak podaliśmy Płomyczkowi do jedzenia gotowanego indyka. Oczywiście na samym gotowanym indyku długo by nie pociągnął, więc znów przekopywanie Internetu, o proszę, jest coś takiego, jak BARF, lata temu nie było... No i tak od początku roku próbujemy sobie pomalutku, kotek rośnie, mlaska smakowicie, zawartość kuwety produkuje konkursową, a ja, w ramach zdobywania mądrości, trafiłem tu... Jak mnie nie wygonicie, to może na dłużej zostanę?




