Jesteś pewna? Bo ja bym z góry nie zakładała.Dragana pisze:Chyba nie.
Bezdomne zwierzęta
-
Snedronningen
- Moderator
- Posty: 2811
- Rejestracja: 2013-06-03, 09:46
12 tygodni?Ewik72 pisze:Zazwyczaj maluchy są przy mamie min 12 tygodni.
Koty kończą 5 miesięcy lada moment. Zachowanie jak na tę chwilę się ustabilizowało, zaakceptowały wszystko i domowników
Ostatnio zmieniony 1970-01-01, 01:00 przez Saga, łącznie zmieniany 1 raz.
Saga, nie taka znowu utopia
u mnie w fundacji maluchy są z mamą min do 10 tygodnia, chyba że mama odstawi małe a sama dostanie szalonej rui ( co zdarzyło się nam raz) i wtedy zaczynamy szukać domów nawet 9 - cio tygodniowym. Maluchy muszą być w 100% zdrowe, odrobaczone i zaszczepione ( chyba że nowy dom chce szczepić sam). Też myślę że w przypadku hultajstwa Kociej Cioci to tylko grzeszki bardzo wczesnego dzieciństwa 
No to dobra fundacja, naprawdę. Przyznaję, że ja się z tym nie spotkałam. Słyszałam, że z hodowli koty są brane dopiero po 3-cim miesiącu życia i po kastracji/sterylizacji. Natomiast takie bidoczki jak moje to jak pisałam. Odrobaczone były tylko pierwszy raz, dalsze odrobaczania i szczepienia robiłam ja. No, wiadomo, jak nie ma chętnych na koty to są w domach tymczasowych i muszą być zaszczepione przez fundacje. Ale wystawiane do adopcji są w wieku 6 tygodni na zasadzie żeby już brać. I przede wszystkim w tym wieku są zabierane od matek. Fundacja czy schronisko, nie ma różnicy. Przy czym ponoć ze schroniska jak się bierze kotka to jest loteria jeśli chodzi o jego zdrowie. Znajomi tak wzięli kotkę, szybko okazało się, że kotka była z różnymi, poważnymi schorzeniami. Niestety, tak to jest :(
Co prawda to zdjęcie nie mojego futrzaka, ale tak w ramach ciekawostki
. Byłam dziś z moim łobuziakiem w przychodni w sprawie kastracji i oglądałam przy okazji kociaki do adopcji. Na stanie jest "stado" latających po lecznicy czarnych kocurków, Maks to wyczuł i dostał głupawki
. Ale jest też śliczna, biała kotka:
ponoć w typie norweskiej leśnej, dość spora. Fajne to futerko, tu ją niestety słabo widać. Podobno na drugie ma Gryzelda
ponoć w typie norweskiej leśnej, dość spora. Fajne to futerko, tu ją niestety słabo widać. Podobno na drugie ma Gryzelda
Saga, powiem Ci szczerze, że serce mi pęka jak widzę koty wystawiane zarówno do adopcji jak i na sprzedaż.
Dlaczego ? w przypadku kotów do adopcji - porażająca jest dla mnie ludzka głupota tolerująca niekontrolowane rozmnażanie się kotów - ma babsko kota wychodzącego w domu i narzeka dwa razy w roku, że nie ma co zrobić z kilkoma (niechcianymi) kociakami. Na pytanie dlaczego nie wysterylizujesz kotki odpowiada, że to byłoby nieludzkie.
A czy ludzkie jest usypianie, topienie albo wyrzucanie kociąt ? (bo do adopcji zdaje się takie trafiają)
Zaś co do hodowli - po prostu nie potrafiłabym oddać czy sprzedać komuś kota. Mając na uwadze, jak ludzie u nas traktują zwierzęta zawsze miałabym obawy co do jakości opieki sprawowanej przez nowego właściciela poznanego przypadkowo przez internet...
Jako ciekawostkę (wątpliwą zresztą) powiem jeszcze jedno - wszystkie moje koty są z hodowli i w ciągu 4 lat nie zdarzyło się jeszcze, żeby któryś z właścicieli/właścicielek hodowli tak sam z siebie zadzwonił i zapytał, jak kot się miewa i czy w ogóle jeszcze żyje...
[ Komentarz dodany przez: dagnes: 2016-09-18, 21:46 ]
Dyskusja o hodowcach poszła do wątku:
Hodowle zwierząt rasowych - kontrowersje
Dlaczego ? w przypadku kotów do adopcji - porażająca jest dla mnie ludzka głupota tolerująca niekontrolowane rozmnażanie się kotów - ma babsko kota wychodzącego w domu i narzeka dwa razy w roku, że nie ma co zrobić z kilkoma (niechcianymi) kociakami. Na pytanie dlaczego nie wysterylizujesz kotki odpowiada, że to byłoby nieludzkie.
A czy ludzkie jest usypianie, topienie albo wyrzucanie kociąt ? (bo do adopcji zdaje się takie trafiają)
Zaś co do hodowli - po prostu nie potrafiłabym oddać czy sprzedać komuś kota. Mając na uwadze, jak ludzie u nas traktują zwierzęta zawsze miałabym obawy co do jakości opieki sprawowanej przez nowego właściciela poznanego przypadkowo przez internet...
Jako ciekawostkę (wątpliwą zresztą) powiem jeszcze jedno - wszystkie moje koty są z hodowli i w ciągu 4 lat nie zdarzyło się jeszcze, żeby któryś z właścicieli/właścicielek hodowli tak sam z siebie zadzwonił i zapytał, jak kot się miewa i czy w ogóle jeszcze żyje...
[ Komentarz dodany przez: dagnes: 2016-09-18, 21:46 ]
Dyskusja o hodowcach poszła do wątku:
Hodowle zwierząt rasowych - kontrowersje
Mimo, że regulamin forum to FIKCJA - Śpiewać to rzecz ludzka, miauczeć to rzecz boska...
(Zhuangzi 庄子)
Skipper, mnie też serce boli, gdy widzę ogrom smutku w oczkach bezdomniaczków. Wkurza mnie brak serca i głupota niektórych "ludzisków".
. Jeśli chodzi o osoby, które mają hodowlę, to różnie bywa. Ja Julcia wzięłam z hodowli Kocie Ustronie od Pani Iwonki. Julianek jest u mnie 2 lata. Kontakt z Panią Iwonką mam cały czas.
Wysyłam jej zdjęcia, piszemy do siebie e-maile. Nowych właścicieli wybierała bardzo ostrożnie. A "paniusia-pseudohodowca" Guciem nie interesuje się wcale.
To taka "handlara". 
Jasne, mnie też serce boli. A dlaczego wzięłam dwa koty? Właśnie z takiego powodu, żal mi się tych bidoków zrobiło. Czasem się zastanawiam czy to ja je wybrałam czy one mnie... bo każda inna osoba by je rozdzieliła bez namysłu, łącznie z lekarką. A do dziś widzę, że Maksowi ciężko by było samemu, aczkolwiek mam wrażenie ze on nie za bardzo toleruje inne koty a bez Mufki płacze.Skipper pisze:Saga, powiem Ci szczerze, że serce mi pęka jak widzę koty wystawiane zarówno do adopcji jak i na sprzedaż.
Tak, ale to jest akurat jeden z przypadków bezdomnych zwierząt. W społeczeństwie krąży masa mitów, takich kretyńskich mądrości ludowych przekazywanych chyba na zasadzie "jedna pani drugiej pani" i to w temacie sterylizacji/kastracji po żywienie. I tak się sporo zmienia (chociaż czasem mam wrażenie, ze na gorsze), ale jeszcze dużo przed nami.Skipper pisze:Dlaczego ? w przypadku kotów do adopcji - porażająca jest dla mnie ludzka głupota tolerująca niekontrolowane rozmnażanie się kotów - ma babsko kota wychodzącego w domu i narzeka dwa razy w roku, że nie ma co zrobić z kilkoma (niechcianymi) kociakami. Na pytanie dlaczego nie wysterylizujesz kotki odpowiada, że to byłoby nieludzkie.
Fundacja, z której brałam koty zajmuje się odławianiem kotów takich z ulicy. Robią co jakiś czas akcje łapanki. Łapią naprawdę super dzikie kotki żeby je kastrować. I z jednej strony nie jestem zadowolona z formy adopcji, według mnie nie jest to wszystko tak jak powinno być, mam sporo zastrzeżeń, ale z drugiej strony wiem, ze robią kawał dobrej roboty. Może to działa na zasadzie coś za coś, nie wiem. Utrzymanie kotów, leczenie, kastracja/sterylizacja to jednak spory wydatek, więc pewnie dlatego koty są wręcz wypychane do adopcji. Aczkolwiek... patrząc na to, że np. kociakom podawane są saszetki whiskasa to ja się zastanawiam czy to nie jest marnotrawienie pieniędzy. Te saszetki wcale nie są tanie, taniej można kupić dużo lepsze karmy. Chyba, ze taki whiskas jest od sponsorów i fundacja nie wydała grosza na nie. No i widzę po sobie i po mojej sąsiadce, która też brała z tej fundacji kotkę i kocurka wcześniej niż ja, naprawdę wiele pomocy od nich nie uzyskałyśmy. Po prostu w sumie "bierz kota i dalej martw się sam". Tyle tylko, że jakaś tam opieka medyczna jest, o tyle dobrze. Ale jak ktoś odważy się skrytykować to jest wielka obraza
Obserwuję również inną fundację z Łodzi "Niechciane i zapomniane", od nich miałam brać kota, ale niestety w ostatnim roku mają głównie psy. Tam warunki adopcji są o wiele bardziej skomplikowane. Najpierw wypełnia się ankietę przedadopcyjną z baaardzo szczegółowymi pytaniami odnośnie warunków mieszkaniowych po członków rodziny, wiek itp. W ten sposób dopasowywali kota, i wszyscy członkowie rodziny musieli wyrazić zgodę na adopcję. I ma to sens bo wiadomo, np. starszej osobie nie da się kota z dużą energią, jeden woli lwa kanapowego a innemu nie przeszkadza jak kot buja się na firankach. W ten sposób jest mniej zwrotów, kotu jest dobrze i człowiekowi również. A ludzie są naprawdę różni, a przede wszystkim porażająca jest niewiedza... ostatnio miałam wątpliwą przyjemność rozmowy z pewną panią, która ma kota już 16-cie lat i kurcze... naprawdę wyhodowała jakiegoś kota cyborga. Pani się wręcz szczyciła tym jak ona go karmi - tylko najlepsza sucha karma wprost od weterynarza (wiadomo jaka), podaje kotu pory bo on uwielbia, makrelę wędzoną, placki ziemniaczane a na przekąskę ma jakiegoś kwiatka, tyle że on jest trujący
Ogólnie temat - rzeka
No, moje są właśnie chyba takie koty działkowe uratowane przed potopieniemSkipper pisze:A czy ludzkie jest usypianie, topienie albo wyrzucanie kociąt ? (bo do adopcji zdaje się takie trafiają)
Ano właśnie, patrz wyżej. Ludzie są nieodpowiedzialni a czasem wręcz głupi. Niejednokrotnie oddają koty (o wyrzucaniu nie wspomnę), które nie spełniają ich oczekiwań. Ja też się nie raz wkurzam na Maksa jak coś zbroi, wczoraj np. wywalił na balkonie baniak z wodą 5 litrów, ciężki, stabilny, naprawdę nie wiem jak on to zrobił. No i zalał sąsiadów (znaczy balkon sąsiadówSkipper pisze:Mając na uwadze, jak ludzie u nas traktują zwierzęta zawsze miałabym obawy co do jakości opieki sprawowanej przez nowego właściciela poznanego przypadkowo przez internet...
usunięto OT
Ostatnio zmieniony 2016-09-18, 20:43 przez Saga, łącznie zmieniany 1 raz.
Basiek, mi też serce pęka jak przechodzę czasami w soboty przez miejscowe centrum handlowe i na wejściu widzę wolontariuszki z miejscowego schroniska z miniaturowymi kociętami do adopcji zamkniętymi w klatceBasiek pisze:Skipper, mnie też serce boli, gdy widzę ogrom smutku w oczkach bezdomniaczków.
I wtedy tym bardziej zastanawiam się nad ludzką głupotą (w kontekście posiadania i rozmnażania zwierząt
Ostatnio zmieniony 1970-01-01, 01:00 przez Skipper, łącznie zmieniany 1 raz.
Mimo, że regulamin forum to FIKCJA - Śpiewać to rzecz ludzka, miauczeć to rzecz boska...
(Zhuangzi 庄子)
takie jedzenie, jest narzucane przez urzędników - nie da się im przetłumaczyć, że nie jest to właściwe jedzenie. Gminy, wydające jedzenie żywicielom same to jedzenie zakopują, ogłaszając konkurs. I kupują to czego koty nie chcą jeść. Wiedza to od karmicieli, ale nic z tym nie robią. Albo słuchają "rady" weta, że koty mogą jeść suche i kupują TYLKO suche (tak postępują w Nadarzynie k. Warszawy. Kiedyś zwracali kasę, za jedzenie, które karmiciele kupowali zwierzętom, ale jakiś "mądrala" radny wymyślił, że nie potrzeba takiego lepszego jedzenia kotom i zamienili to na chrupki). A skąd ma kot wziąć wodę do tego suchego? Wet o tym już nie wspomniał. Trzeba urzędników (choć najpierw to polityków) przekonać, równocześnie wetów, aby wskazywali na mokrą karmę ale lepszej jakości.Saga pisze:kociakom podawane są saszetki whiskasa to ja się zastanawiam czy to nie jest marnotrawienie pieniędzy. Te saszetki wcale nie są tanie, taniej można kupić dużo lepsze karmy. Chyba, ze taki whiskas jest od sponsorów i fundacja nie wydała grosza na nie.
Ja pomagam jednemu Stowarzyszeniu w Warszawie i kupuję ze swoich mokre dobre (mamy kilka domów tymczasowych), robię tez mieszanki mięsne. Przy adopcji dajemy ulotkę + małe vademecum żywienia kota (opracowane na podstawie forum) z najważniejszymi informacjami o żywieniu, dlaczego zboża są szkodliwe, o wodzie w diecie kota, o higienie jamy ustnej. Ale ludzie (niestety) wiedzą swoje. Niektórzy kupują lepszą karmę (ci, co mieli ze mną kontakt osobisty) ale na robienie mieszanek jeszcze nikogo mi się nie udało namówić
Nasze Stowarzyszenie nie ma dotacji z gminy (nie występowaliśmy o to, bo później trzeba rozliczać i z tym bywają kłopoty, ciągnie się to długo i nie wszystko z takiej dotacji można opłacić) i musi sobie radzić podpierając się talonami z gminy (one też nie na wszystko są) i trochę z wpłat ludzi. Ludzie (nawet ci, którzy adoptują od nas zwierzaki) rzadko wspierają i wpłacają. To skąd brać na rozbudowaną pomoc, jak czasem na podstawowe rzeczy brakuje? Nie dziw się, że to tak wygląda. Bo wygląda tragicznie. Jedynie z wpłat od ludzi (najczęściej wspierane są duże organizacje, które mogą sobie pozwolić na ogłoszenia w prasie, sms, wsparcie znanych osób. Pozostałe (a jest ich chyba więcej) muszą sobie jakoś same radzić. I ile mają środków - taką pomoc mogą dać.Saga pisze: No i widzę po sobie i po mojej sąsiadce, która też brała z tej fundacji kotkę i kocurka wcześniej niż ja, naprawdę wiele pomocy od nich nie uzyskałyśmy. Po prostu w sumie "bierz kota i dalej martw się sam". Tyle tylko, że jakaś tam opieka medyczna jest
Tej pani wydaje się, że kot myśli podobnie jak ludzie. To błędne założenie. Jak będzie wysterylizowany/wykastrowany to nie będzie miał do ludzi pretensji, że nie ma kociąt. To jest właśnie ludzkie i odpowiedzialne podejście - sterylizacja - ograniczenie przyrostu zwierząt. Nie trzeba będzie ich w inny sposób uśmiercać. To jest dla mnie nieludzkie - pozwolić się kociętom urodzić, po czym je ......Skipper pisze: - porażająca jest dla mnie ludzka głupota tolerująca niekontrolowane rozmnażanie się kotów - ma babsko kota wychodzącego w domu i narzeka dwa razy w roku, że nie ma co zrobić z kilkoma (niechcianymi) kociakami. Na pytanie dlaczego nie wysterylizujesz kotki odpowiada, że to byłoby nieludzkie.
Mamy teraz do czynienia z takim panem z Bemowa. Nie chce słyszeć o sterylizacji kotki, nie jest jego (ma swoje koty w domu). On ją dokarmia i "kociaki to takie fajne". I co z nim zrobić (chyba udusić). Mieszka w domu, trzeba byłoby jakąś większa akcję przeprowadzić (przy samozaparciu ludzi z urzędu, pomocy policji i jakiegoś stowarzyszenia) łapania kotki i sterylizacji. Dwa kociaki z tego miotu (inne spadły mu z tarasu (bo tam mieszkały) trafiły do naszego stowarzyszenia i szukamy dla nich domu/domów.
Z tegorocznej akcji znajdowania kotom domów i u mnie zawitał kocurek. Ma koło miesięcy. Miał być tymczas, ale zostanie. Nie było tragedii z dokoceniem. Pomógł w tym Besik (http://www.barfnyswiat.org/viewtopic.ph ... &start=285).
„Im bardziej poznaję ludzi, tym bardziej kocham zwierzęta.”
George Bernard Shaw
George Bernard Shaw
mamy koty z fundacji, na początku byliśmy w stałym kontakcie, który z czasem się rozluźnił, od dawna nic do siebie nie piszemy
mieliśmy kociaki na tymczasie, z nową rodzinką kontaktowaliśmy się na początku, doradzaliśmy itd.
potem kontakt się rozluźnił,
po roku wysłałam smsa z pytaniem co słychać i dostałam super zdjęcie "moich" dziewczyn
po kolejnym sami wysłali zdjęcie i to już był koniec naszych kontaktów
nie uważam, żeby kontakt był potrzebny, skoro wszystko jest ok
mieliśmy kociaki na tymczasie, z nową rodzinką kontaktowaliśmy się na początku, doradzaliśmy itd.
potem kontakt się rozluźnił,
po roku wysłałam smsa z pytaniem co słychać i dostałam super zdjęcie "moich" dziewczyn
po kolejnym sami wysłali zdjęcie i to już był koniec naszych kontaktów
nie uważam, żeby kontakt był potrzebny, skoro wszystko jest ok
Nie no ogólnie masz rację, trudno żeby opiekunowie z DT fundacji czy w ogóle prezes fundacji utrzymywał kontakt z właścicielami wydanych kotów przez ich całe ich życie. Przecież tych kotów przewija się przez fundację ogromna ilość, nie sposób nawet spamiętać. W którymś miesiącu w "mojej" fundacji było coś koło 100 kotów. Ja nie wymagam wiele, ale chociaż minimum opieki na samym początku powinna być, zwłaszcza jeśli właściciel mówi, że to jego pierwszy kot, wiadomo ze może mieć na początku sporo problemów. Inna sprawa, że u mnie była sytuacja w sumie wyjątkowa, bo ja brałam koty wprost od weta, jak to określono "spod lady"
taka błyskawiczna adopcja. Jestem alergikiem i mając pod nosem przychodnię weterynaryjną chodziłam tam i sprawdzałam czy kot mnie alergizuje czy nie. Nie specjalnie chciało mi się jeździć po DT i szukać kota, tym bardziej, że to za bardzo mijało się z celem, tam jest zwykle więcej kotów i trudno by było sprawdzić który to kot źle na mnie działał. I tu mi było wygodniej, jak wetka miała jakiegoś kotka to po mnie dzwoniła i sprawdzałam
. Przy kilku bardzo się dusiłam i już miałam zrezygnować z adopcji, aż się napatoczyły te dwa urwisy, są u mnie, śpią ze mną i jest wszystko w porządku
. A że wetka jest taka jaka jest to i specjalnie pomocy nie miałam i w sumie nie mam
jak mi powiedziała, że koty mnie wytresowały i za bardzo się nimi przejmuję to mi ręce opadły i naprawdę odechciewa się wszelkich kontaktów. I niestety złe wrażenie pozostaje 
Aczkolwiek normalna umowa adopcyjna została spisana, pieniążki na cele fundacyjne za oba koty pobrane (100 zł i nikt nikogo nie pyta czy go stać czy nie) dlatego w sumie trochę mnie dziwi, ze się do mnie nie odezwano. Chyba, że się tam uważa, ze wetka jest ich przedstawicielem i to wystarczy, ona się podpisywała na umowie. No cóż, nie wszystko widać muszę rozumieć...
Z tego co widzę fundacja działa prężnie, szuka jak tylko się daje środków na utrzymanie czy leczenie chorych kotów i na odławianie dzikich do kastracji/sterylizacji. Tutaj mają duży plus
Aczkolwiek normalna umowa adopcyjna została spisana, pieniążki na cele fundacyjne za oba koty pobrane (100 zł i nikt nikogo nie pyta czy go stać czy nie) dlatego w sumie trochę mnie dziwi, ze się do mnie nie odezwano. Chyba, że się tam uważa, ze wetka jest ich przedstawicielem i to wystarczy, ona się podpisywała na umowie. No cóż, nie wszystko widać muszę rozumieć...
Z tego co widzę fundacja działa prężnie, szuka jak tylko się daje środków na utrzymanie czy leczenie chorych kotów i na odławianie dzikich do kastracji/sterylizacji. Tutaj mają duży plus
to tak się da? nie miałam pojęcia! rewelacyjna wiadomość!Saga pisze:Jestem alergikiem i mając pod nosem przychodnię weterynaryjną chodziłam tam i sprawdzałam czy kot mnie alergizuje czy nie
"nasza" fundacja nie pobiera żadnych pieniędzy! tylko nas prosili o 1% (nawet nie o dobrowolną wpłatę), dostaliśmy od nich też pierwszy drapak, albo coś takiegoSaga pisze:pieniążki na cele fundacyjne za oba koty pobrane (100 zł i nikt nikogo nie pyta czy go stać czy nie)
my też z dziewczynami daliśmy drapak i trochę żwirku na początek
dziwna ta Łódzka fundacja... a może to nasz Chatul jest dziwny?
tak, z adoptującym kontaktuje się dom tymczasowy, czyli u Ciebie wet (do którego chodzisz, więc wie co tam u kotów)Saga pisze:Chyba, że się tam uważa, ze wetka jest ich przedstawicielem i to wystarczy