Mam ostatnio DUŻY problem - Sierra jest w połowie ciąży (termin ma dokładnie na święta) i... obraziła się na wszystkie suplementy!
Paskuda jedna najchętniej żywiłaby się wyłącznie czystym miesem z własnymi, wymyślonymi dodatkami (wczoraj miałyśmy poważną rozmowę na temat winogron

). Po lekkim przegłodzeniu skubie niemrawo mieszankę z tauryną (a jednak powinna jeść powoli więcej), za to wcina aż jej się uszy trzęsą wszelkie przysmaki dla psów (fakt, dbam, żeby były z dużą zawartością mięsa) i... suchą karmę. Kot, który nigdy w pysku suchej karmy nie miał (hodowca też barfowy)

. Sama sucha karma znalazła się u nas w domu przez absolutny przypadek (a raczej moje roztargnienie, zapomniałam oddać z kotem).
Ogólnie nie wiem jak ten fant ugryźć - kupić jej paczkę suchej karmy i nich je, skoro tak jej smaki ciążowe mówią, zgodzić się na samo mięso czy może trzymać się twardo założenia "zdrowy kot nie da się zagłodzić" i dalej dawać mieszankę?
W głodzeniu nie podoba mi się zasada głodzenia i fakt, że dziewczyna najprawdopodobniej będzie mieć duży miot (już jest okrągła i ma powoli problem ze skakaniem

)
W samym mięsie przeraża mnie brak suplementów i wpływ niedoborów na szarańczę
W suchej karmie... przeszkadza mi w sumie wszystko

. Boję się, że Sierra do końca obrazi się na BARF i będę dłuuugo tłumaczyć koteckowi co dla niego najlepsze... I będę mieć zabawę z tłumaczeniem kociakom, dlaczego akurat mamusiowego świństwa nie powinny do pyszczków brać. Z drugiej strony jest to jedyne co ma suplementy i Jaśnie Królewna łaskawie zjada

.
Co wy byście wybrali na moim miejscu?
Dodam, że Sierra czuje się świetnie i ma cały czas doskonały humor. Jedynie futreko zrobiło jej się przetłuszczone i potrzebowała parę dodatkowych podestów na najwyższe, ulubione półki (na 2 m szafę już nie wskoczy bez podtrzymania tyłka

). Z tym w całości obwiniam ciążę - naprawdę widać jej okrągły brzuch

.