Zaczynam podejrzewać, że mam znaczny problem z głową. W dalszym ciągu nasze mieszkanie przypomina bardziej plac budowy niż "hołm słit hołm", ale mam drapaki dla kotów. Całe cztery.
Miesiąc temu dotarł do nas sufitowy rufi, bo poprzednie drapadło poległo po rocznym starciu z dwiema krowami. Kalkulacja była prosta. Jeżeli drapak za kilkaset złotych wytrzymuje rok, to nawet jak zainwestuję w rufiego, który wytrzyma przynajmniej 4 lata, to i tak wychodzę na plus. Więc zainwestowałam. To drugi rufi u nas. Pierwszy to narożny, kupiliśmy go w ubiegłym roku na próbę i w zasadzie nie widać na nim żadnych śladów użytkowania.
Nowy prezentuje się tak:
Oczywiście najbardziej oblegany jest górny podwójny hamak. Na początku krowy nie były specjalnie uradowane faktem, że hamak się majta, ale po kilku dniach okazało się, że majtanie jest super, zwłaszcza jak można się bić z inną krową w locie. Księgowa w ferworze walki czy zabawy wbija się po prostu w hamak zębami i wszystkimi stoma łapami napada na piórko, wędkę czy krowi ogon zwisający z góry. Ogólnie szał.
Dyndający hamak spełnia też asekuracyjną rolę, bo jak się łaciate tłuką o najwyższe miejsce to zawsze jedno może z "godnościom osobistom" uciec piętro niżej.
Zastanawiam się tylko, czy ze względu na rozmiary Sierżanta nie powinnam była zainwestować w drapak max, żeby biedactwo nie musiało tak smętnie zwisać:
