A moim zdaniem to absolutnie normalne, że teraz "niechęć" między kotami rośnie. Mniejsza szansa, że byłoby inaczej. Tyle, że moim zdaniem to zachowanie to nie jest niechęć
Ale od początku.
Moim zdaniem kompletnie nie można porównywać sytuacji, w których koty starsze dokaca się maluchami albo dokaca się kocura kocurem z sytuacją, w której dokaca się kocura kotką (lub odwrotnie), a w szczególności kiedy dokaca się dorosłą kotkę drugą dorosłą kotką. Przeważnie, najgorzej dokaca się dorosłe kotki, zwłaszcza inną dorosłą kotką. Najłatwiej dokocić kocura drugim kocurem a dokocenie kocura maluchem płci męskiej jest najczęściej najłatwiejsze z tych opcji. Oczywiście, są wyjątki, bo koty to jednak chodzące inywidua.
Cofając się jeszcze bardziej. Może nawet zostanę za to zlinczowana, ale czuję potrzebę napisania, że dla kotów stan zamknięcia w domu, czy nawet dom półotwarty (z możliwością wyjścia na zewnątrz nie tylko na balkon) nie jest stanem naturalnym. W naturze koty mają naprawdę duże terytoria. Kocury potrafią dziennie ( właściwie nocnie) wędrować przez kilkanaście kilometrów. Terytoria kotek są mniejsze, ale nie takie małe oczywiscie, jak nasze mieszkania czy domy. Kocury dbają, aby ich terytoria nie pokrywały się, terytoria kocurów pokrywają się jednak zawsze z terytoriami przynajmniej kilku kotek. Niekastrowane kocury i kotki mogą więc współistnieć obok siebie, niekastrowane kocury raczej nie będą przyjaźnić się z innymi kocurami.
Wszystkimi kotami rządzi prosta biologia czyli chęć przetrwania i chęć rozmnażania. Ta biologia każe niekastrowanym kocurom walczyć o terytorim do ostatnich sił. I ta sama biologia każe kotkom czasem zawieszać "wojnę" z innymi kotkami, np. w celu wspólnego wychowania potomstwa.
Mam jednak wrażenie, że ta biologia u obu płci "siedzi" w innym narządzie. U kocich kobiet - w głowie, u kocich mężczyzn - między tylnymi łapami

Kiedy kastruje się kocura, zwłaszcza w młodym wieku, kiedy nie wbił sobie on jeszcze trwale do głowy obronnych schematów zachowań, kocur traci w znacznym stopniu potrzebę walki o terytorium z innymi kocurami. Kiedy kastruje się kotkę, to kotka natomiast traci potrzebę współpracy z innymi kotkami i wtedy ewentualne współistnienie - o ile ma mieć miejsce - musi opierać się na zupełnie innych podstawach.
W dalszym jednak ciągu biologia działa tak, że pozostaje w kocie prosta potrzeba przeżycia i prosty schemat - mam terytorium, więc mam co jeść i jestem bezpieczny/-a. Mam jednak wrażenie, że przynajmniej u większosci kocich gatunków kotki zawsze są bardziej drapieżne, bo ich terytorium musi wyżywić i je i ewentualne potomstwo. Każdy więc kot, bez względu na płeć, będzie przez kotkę w jakimś stopniu traktowany jako rywal, bardziej niż byłby przez kocura.
Zamykając dwa koty w domu stwarzamy więc wyjątkowo nienaturalną sytuację - koty mają mniejszy teren i nie maja praktycznie możliwości, by zejść sobie z drogi. Automatycznie stwarzamy więc sytuację, w której koty muszą "na siłę" dzielić między siebie swoje jedno wspólne i nienaturalnie małe terytorium.
U kotów, które od dzieciństwa wychowują się razem, taki podział wykształca się stopniowo, od pierwszego dnia życia. Mały kotek uczy się i wypracowuje ten podział tak jak uczy się wszystkich innych rzeczy.
Koty, które nie wychowywały się razem, muszą taki podział dopiero wypracować.
Dlatego właśnie, nie można również moim zdaniem wnioskować, że dwa koty się nie "lubią", bo w odniesieniu do siebie zachowują się agresywnie, a w odniesieniu do innych kotów, na zewnątrz domu, mogą zachowywać się pokojowo. Oczywiście, u kotów zawsze jest akcja-reakcja, ale - jeżeli to możliwe - na akcję "pojawia się kotka sąsiadów", reakcją może być "posiedzę, popatrzę, jak sobie przechodzi i czy nie ma ochoty okupować mojego terytorium". Kot nie reaguje, jeżeli - jego zdaniem - nie musi. Jeżeli brak reakcji będzie bardziej korzystny niż reakcja, przy czym korzyść to np. brak zmęczenia fizycznego na skutek reakcji czy np. możliwość dokończenia drzemki to kot reagować nie będzie i tyle.
To absolutnie normalne, że ten sam kot będzie neutralny albo nawet "przyjacielski" w stosunku do innych kotów, które nie są domownikami, a w stosunku do kotów-domowników może być domowym terrorystą. Wszystko jest kwestią konieczności obrony terytorium i bilansu korzyści (hierarchii wartości).
To również absolutnie normalne, że ten sam kot, który kocha wszystkie kociaki, może być domowym terrorystą w stosunku do (zwłaszcza nowych) kotów dorosłych. Kociak nie jest jeszcze rywalem do terytorium. Dorosły kot już jak najbardziej.
Finalny efekt zależy m.in. od tego, jak bardzo ugodowe są koty. Czy przynajmniej jeden z nich odpuści i będzie schodził pozostałym zawsze z drogi, czy postanowi być przyjacielem wszystkich, może wbrew samotniczej naturze i z poobijanym pyskiem, ale przynajmniej w bezpiecznych relacjach z innymi czy też będzie starał się do końca bronić własnego honoru. Jest to pochodną oczywiscie hierarchii wartości i ewentualnego istnienia rzeczy ważniejszych dla danego kota niż jego własne ego.
Interakcja z innymi kotami może być oczywiście dla kota znaczną wartością. Są jednak koci-introwertycy, którzy takiej interakcji nie potrzebują w ogóle, znaczna część kotów wychodzących zaspokaja swoją potrzebę interakcji spotykając inne koty na tym "zewnętrzu". Potrzeba interakcji może być silniejsza niż chęć obrony terytorium. Obie potrzeby mogą oczywiście ewoluować. Kot, który ma silną potrzebę obrony terytorium, może z czasem docenić możliwość interakcji i postawić ją wyżej niż potrzebę obrony terytorium.
Kot, który jest stary i "zmęczony życiem", nawet jeżeli wcześniej był wolno żyjącym "panem na dzielni", może wyżej postawić kwestie pełnej michy i miękką poduszkę niż kwestię dominacji w domu.
Takie "zawieszenie broni" może oczywiście nie trwać wiecznie. Nawet dwa najbardziej zgodne koty mogą zaczac rywalizować, gdy pojawi się trzeci bądź gdy np. na skutek przeprowadzki zmieni się terytorium. Wtedy trzeba wszystko dzielić od nowa albo na nowo przewartościować. Niejednokrotnie w takiej sytuacji do starć może zacząć dochodzić nawet pomiędzy kotami, które spędziły ze sobą w zgodzie znaczną część ich życia. Znowu chodzi o terytorium, w tym zasoby, i hierarchię wartości.
Dopuszczam sytuację, że u Ciebie to Mała jest katalizatorem starć a nie Rudolf. Być może to, co bierzesz za strach, jest niewidoczną dla Ciebie "agresją". Celowo piszę w cudzysłowie, bo chodzi mi raczej o zachowania agresywne a nie agresywną postawę jako taką. Mała może nie być sparaliżowana strachem. Mała może równie dobrze pokazywać, że jest silna jak kamienna figura i nie ruszy się z miejsca. Jej położone po sobie uszy Rudolf może interpretować nie jako strach, ale jako opcję ataku (coś w stylu: "położę po sobie uszy, żebyś mi ich nie odgryzł, jak będę przegryzać Ci szyję, draniu"

). Przestraszony kot rzadko wydaje głos, nie staje w miejscu gapiąc się na drugiego (częściej spuszcza wzrok albo zajmuje się czynnościami zastępczymi typu nagle trąca zabawkę, wącha coś na podłodze itp), raczej szybko się ukryje niż będzie się powoli wycofywał. Jest też różnica pomiędzy "uciekam, bo się boję" a "spieprzam, bo narozrabiałam i zaraz mi się za to oberwie". Oczywiście to tylko jedna z hipotez, ale warto moim zdaniem mieć oczy i umysł otwarte na inne opcje niż dominujący Rudolf i zastraszona Mała.
Być może między kotami zaczyna być "gorzej", bo Rudolf zdał sobie w końcu sprawę, że Małej tak łatwo się nie pozbędzie i że jest ona rywalem do domowego terytorium i rywalem, z którym trzeba dzielić też opiekuna. Z kolei Mała poczuła się na tyle na swoim, że to swoje terytorium też ma już ochotę bronić. Nastał więc moment, w którym koty ustalają podział terytorium i opiekuna między siebie. Nic więc dziwnego, że może być ostrzej niż w momencie, gdy jeden kot (Mała) zawsze się podporządkowowywał, bo brakowało jej pewności siebie na cudzym terytorium. Być może jest więc tak, że strach Małej się zmniejszył, ale - może - to, co Ty odbierasz jako "Rudolf utrwalił sobie, że ona się go boi i od razu przechodzi do ataku" jest faktycznie podejmowaną przez Małą próbą "dominacji nad domowym światem" i wyszarpnięcia kawałka domu dla siebie.
Mała oczywiście może kochać wszystkie koty świata. Pod warunkiem, że nie traktuje ich jako rywali czyli kotów obcych, kociąt albo kotów na terytorium innym niż to, które uznaje za podstawowe. Rudolf również może być neutralny, a nawet przyjacielski pod tym samym warunkiem. Gorzej, jak nagle muszą dzielić swoje terytorium podstawowe i spotykają kota, który z wyboru, albo z konieczności, podejmuje próbę tego podziału.
Koty ustalają swoją pozycję przez dominację psychiczną ale i przez dominację fizyczną. W 99 przypadkach na 100 moim zdaniem będzie tak, że bez wcześniejszego walenia się łapą pokoju nie będzie. A pokój polegać może czasem na waleniu się łapą, ale bez pazurów, i gryzieniu, ale nie do krwi. Nie zawsze jest też tak, że dominuje kot większy gabarytami.
Zresztą walenie się łapą to element normalnego cyklu życiowego kota. Kot przez całe swoje życie będzie rywalizował o terytorium i tyle. Nawet jeżeli koty wykazują zachowania potrzymujące pokój i integrujące grupę typu wąchanie sobie pup, wzajemne mycie czy przepuszczanie w kolejce do miski to nie zmieni to faktu, że dalej będą czuły potrzebę dzielenia terytorium i czasem będą zwyczajnie walić się po pyskach.
Podsumowując mój przydługi i nudny wywód

Na podstawie tego co piszesz, nie wydaje mi się, że sytuacja jest zła ani tym bardziej beznadziejna. Masz dwa dorosłe koty, w tym drapieżniejszą jednak z natury kotkę, które muszą sobie ułożyć życie i cały otaczający świat na nowo. Miesiąc czy dwa to często za mało na zawarcie pokoju. Znam sytuacje, w których koty przestały walczyć o pozycję po roku, po czym zapłonęły do siebie szczerym uczuciem i postawiły kocie towarzystwo ponad towarzystwo ludzkie.
Trudno jednak oceniać sytuację tylko z opisu, bo każdy opisując filtruje tekst przez własne uczucia i doświadczenia. Filmik jest jednak bardziej obiektywny, bo pokazuje, co jest.
Komfort psychiczny kotów powinien być jednak oczywiście najważniejszy. Sama obserwując najlepiej zdecydujesz, czy warto dać kotom czas na to, żeby się dogadały (bo widać światełko w tunelu) czy jednak że nie ma szans męczyć kotów, bo może każde z nich może być szczęśliwe, ale samotnie lub z innym kotem.
Moim zdaniem najważniejsze jest, żebyś nie patrzyła na inne koty jak na ludzi. Kot nie umie lubić innych kotów. Kot może czuć się w ich towarzystwie przyjemnie, ale nie będzie ich lubił w taki sposób, jak ludzie lubią się nawzajem czy nawet jak "lubią" się psy. Kot nie jest zwierzęciem stadnym, choć może - dla określonych korzyści albo z konieczności - żyć w grupie. Na funkcjonowanie grupy ma wpływ miliard czynników w tym możliwość podziału terytorium do korzystania (pod względem czasu i miejsca), siła charakteru kota, dostępność zasobów (w tym sensie opiekun to też zasób i musi go wystarczyć dla wszystkich) czy nawet nastawienie psychiczne opiekuna.
I jeszcze ważne. Sama piszesz, że Rudolf wyczuwa lęk innych kotów. Tak samo wyczuwa Twój. Twoje obawy też mogą być katalizatorem agresywnych zachowań, więc jeżeli na przykład obawiasz się tego, ze atak może nastąpić to sama przekazujesz Rudolfowi czy Małej sygnał, że nie jest bezpiecznie.
Oczywiscie, to wszystko to duże uproszczenie. Nikt chyba jeszcze nie przejrzał na wylot kociej psychiki. Poza tym każdy kot ma własny charakter i własne doświadczenia, więc może wymykać się z tego modelu. Koty rasowe lub te z domieszką rasowych, zwłaszcza mających geny ras spokojniejszych i bardziej uległych będą zachowywać się inaczej jak koty wolnożyjące z dziada pradziada.