Zobaczcie co znów przytargałam do domu za pazuchą...
olaboga, koci katar pod mym dachem
Wczoraj rano.... Całe szczęście, że Lola szła na dłuższej smyczy, pierwsza, bo gdyby to była Szira, dzieciak już by nie żył. Szłyśmy sobie dróżką graniczącą z ogródkami działkowymi. Lola podeszła dokępki trawy, obwąchała, dopiero jak kępka zaczęła na nią prychać zauważyłam, że to nie tylko kępka. Szira wtedy już dostała wścieku, chciała zjeść zawartość kępki. Na szczęście zdążyłam ściągnąć smycz i w bezpiecznej odległości czekałam, aż malizna ucieknie. Pełno takich dziczków u nas na działkach. (Mamy organizację, która bardzo sprawnie zajmuje się kastracjami na naszym terenie, ale to walka z wiatrakami) A kotek nic. Stoi nafuczony i nie wie co robić. Ja mam na smyczach dwa szalejące psy (bo Loli się udzieliło podniecenie), a małe siedzi w trawie. Zdążyłam psy uwiązać do siatki, a łatwo nie było ich okiełznać. Zdążyłam podejść do kociambra, ukucnąć i zaobserwować zaropiałe oczka. I już wiedziałam, że KK.
Przez moją głowę z prędkością błyskawicy przemknęło, by wstać i odejść. Przecież jak wezmę, to zaraza w domu gwarantowana. Przecież DT które znam, nie mają już miejsc. W schronisku też przepełnienie, byłam w weekend, widziałam na własne oczy płaczące za kratami maluchy, na widok których serce się kroiło.
Może kiedyś to zrobię, może. Ale dobrze wiem, że myśl o tym będzie mnie prześladować do końca życia.
Wierzgającego, prychającego, drapiącego kociaka schowałam za pazuchę. Zaczął się bronić dopiero, gdy poczuł mój dotyk. To miejsce to stała trasa spacerowiczów z psami, kociak nie dożyłby wieczora. Groźnie nagadałam psicom, odpięłam je od siatki i pomaszerowaliśmy we czwórkę (troje maszerowało, jedno było niesione) do domu.
U weta antybiotyk, kroplówka, witaminy. Była wychłodzona, miała 36 stopni. Dziewczynce dałam na imię Achaja. Bo jest mała, waleczna (cztery szramy na mojej dłoni) i życzę jej, żeby była twarda jak jej imienniczka.
Noc nieprzespana, bo kaszlała, kichała, furczała. Mieszka w mojej sypialni, w klatce kennelowej, którą jakimś cudem w ciągu 5 godzin udało mi się pożyczyć od zupełnie obcej osoby. Wczoraj, przez cały dzień, zjadła tylko jeden posiłek. Taka kruszynka, nawet pół kilo nie waży. Dziś o 5 rano udało mi się ją namówić na kolejny. Przed moim wyjazdem do pracy zjadła jeszcze 2 razy i skorzystała z kuwety. Zaczęła mruczeć pod dotykiem dłoni.
Niestety oczka dziś jeszcze bardziej zaropiałe niż wczoraj. Jutro znów wet.
Ręce mnie pieką od ciągłego ich dezynfekowania. Uważam, żeby kociak nie miał kontaktu z moimi ubraniami, żeby nie roznosić wirusa. A mimo to Titka zaczęła mi chrypieć. W sumie to było do przewidzenia.
Betaglukan już wyciągnięty z apteczki.
Trzymajcie proszę kciuki za wszystkie moje koteły. Oby moje zbyt miękkie serce nie kosztowało Titki więcej, niż tylko chrypka.
Znajomi pukają się z głowę i dziwią, jak to możliwe, że ja wiecznie coś przytaszczę do domu, a oni nigdy. Nie wiem, co odpowiedzieć. Po prostu chodzę z otwartymi oczami
