Moja droga - a kociarą narodziłam się jako osoba mocno antybarfna - była taka...
Od pierwszych świadomie podjętych jako dziecko myśli, decyzji i działań - marzyłam o życiu w otoczeniu kotów. Koty - to pierwsze, najgorętsze marzenie jakie pamiętam, towarzyszyło mi przez całe moje dzieciństwo, okres dorastania i nie przygasło ani odrobinę w dorosłym życiu. Zanim uzyskałam pełną niezależność, przez kilka lat pilnie przygotowywałam się do podjęcia pracy jako kocia służba. Pochłaniałam tysiące stron poradników, przeglądałam setki stron internetowych i for, zgłębiałam tajniki rasy, którą miałam wielką nadzieję niebawem się zająć. Wiedziałam zatem doskonale, czego do szczęścia potrzebuje kot, jak się nim zająć w zdrowiu i interesowało mnie, jak zająć się nim w chorobie. Poradniki mówiły jedno, internety - drugie... i tu pierwszy raz pojawiła się moja irytacja. Bo ciągle ten barf i barf. Co by kotu nie dolegało - każda droga zdawała się prowadzić do tego nieszczęsnego barfa... A przecież suche bobki nie dość, że polecane przez poradniki, zachwalane przez lekarzy weterynarii, to jeszcze - jakże wygodne. Kupuję, sypię - i
voilà!
Zdecydowałam się więc na granulat. Wydawało mi się, że jestem bardzo mądra i obeznana w temacie, bo ani mi nawet nie przeszło przez myśl, by sięgnąć po whiskasa - kupiłam Purinę i wydawało mi się, że to rewelacyjny wybór. Gdy brałam drugą kotkę hodowczyni kręciła jednak nosem, że tak kiepściutko karmię poprzednią - podsuwając mi RC i Hillsa. Wtedy po raz pierwszy zaczęłam zastanawiać się co w składzie piszczy - bo choć z liczbami nigdy nie było mi po drodze, to patrząc na cenę za kg Puriny a RC to nijak ta różnica w cenie mi nie pasowała, biorąc pod uwagę dosyć na tamten moment zbliżone składy tych karm. Jak już zaczęłam szperać w składzie, to oczywiście złapałam się za głowę i Purina bardzo szybciutko zaczęła ustępować w miseczce karmom bezzbożowym. Dawałam Orijena - rozważałam TOTW, ale jeszcze wtedy głośno było o wycofanej partii z salmonellą i bałam się. W końcu jednak przełamałam się i zaczęłam dawać obie te karmy na zmianę. Czasem kotki (już wówczas dwie) dostawały kawałek mięska, codziennie podawałam im puszki - zaczynając od Gourmeta, a kończąc na Cosmie, którą w swojej naiwności uważałam za rewelacyjną karmę z najwyższej półki. Jak widać moje pojęcie o żywieniu wciąż było kiepściutkie - choć mi się oczywiście wydawało, że wiem bardzo dużo. Nie przestawałam jednak czytać i zgłębiać temat i choć mój mózg był bardzo barfooporny, a na potwierdzenie faktu, że sucha karma dla kota jest jak najbardziej właściwa znajdowałam argumenty u każdego weterynarza i w każdej publikacji - to jednak logika wskazywała na coś innego. W końcu zrezygnowana musiałam przyznać sama przed sobą, że granulat to nie jest to, co powinny jeść koty. Przyznałam - i choć bardzo mi było z tą myślą niewygodnie, przez jakiś czas jeszcze karmiłam nią koty. Myślałam o moim bardzo nieregularnym trybie pracy, jak nieregularnie musiałyby jeść koty, że mokry pokarm będzie się psuł, w domu będzie śmierdziało, a koty się potrują. Skarmiałam więc granulat, hodując wyrzuty sumienia - o dobrze już wiedziałam, że to nie jest właściwy dla kota pokarm, ale wygoda wygrywała. W międzyczasie wciąż natykałam się na wzmianki o barfie - co mnie oczywiście bardzo drażniło. Ciągle ten barf i barf, no ileż można! Tak właśnie daje o sobie znać niespokojne sumienie. Próbując się usprawiedliwić i wytłumaczyć sobie, że w moim przypadku sucha karma to jedyne logiczne rozwiązanie, szukałam potwierdzenia tego faktu - mojemu sumieniu nie był pisany jednak spokój, bo im głębiej szperałam, tym jaśniejszym stawał się fakt, że jak najbardziej mogę karmić koty mokrym pokarmem, że nie jest to niewykonalne, a nawet jest to bardzo łatwo wykonalne z odrobiną dobrych chęci i nakładów finansowych. Kiedy już to zrozumiałam, nie widziałam sensu kupowania puszek - wszak była to kolejna forma przetworzonego jedzenia. Oczywistym wyborem był ten nieszczęsny barf i ci przestraszni barfiarze - o których krążą w sieci mity, jakoby byli potworami, pożerającymi niewyedukowanych nowicjuszy. Nie była to łatwa decyzja, gdyż w międzyczasie moje koty przestały jeść mięso i bardzo niechętnie jadły puszki. Czekała mnie zatem długa droga... na to byłam jednak w całej świadomości powagi sytuacji przygotowana. Plan przejścia na barfa miałam rozpisany na wieeele miesięcy - zaczynając od pół łyżeczki mielonego mięsa dodawanego do puszki, przez wprowadzanie różnych rodzajów mięsa, podrobów, suplementów - przygotowywałam się na to, że może być ciężko, ale wiedziałam, że to słuszna decyzja i byłam zdeterminowana, wręcz zdecydowana, że musi się udać, nawet jeśli będzie to trwało miesiącami czy latami. Na początku było ciężko, koty grymasiły, nie zjadały ani puszki, ani mięsa. Potem Aurelka "zaskoczyła" i u niej poszło już z górki. Tula marudziła przy każdym nowym rodzaju mięsa i nie wyglądało na to, żeby miała ochotę posuwać się w swojej barfnej edukacji do przodu.
I wtedy nastąpił przełom... Nie, koty nie zaczęły magicznie jeść barfa. Koty mi się potruły. Struły mi się tak, że myślałam, że co najmniej jedną z nich stracę. Połowa wypłaty poszła na nocne wizyty w lecznicach, diagnostykę, leczenie objawowe Aurelki. A Aurelce nie poprawiało się - co gorsza, dołączyła do niej Tula. Kotki jadły wtedy Orijena i TOTW - nagle olśniło mnie. TOTW! Salmonella! To pewnie to! Ostawiłam TOTW - zostały na Orijenie, ze świeżutkiej nowej partii o ulepszonej formule. Bardzo sobie wyrzucałam, że z oszczędności sięgnęłam po tańsze, gorsze TOTW i potrułam koty. Postanowiłam na zawsze pozostać przy jednej z najlepszych przecież karm na rynku. Ale... po około dobie po odstawieniu TOTW i jedzeniu Orijena autentycznie myślałam, że to moje ostatnie chwile z Tulą. Lało się z niej górą i dołem. Tula - zawsze silna jak tur, zdrowa jak koń, wówczas leżała na moich rękach wycieńczona wymiotami i biegunką, wyglądała jak swój cień - a ja nie wiedziałam co robić. Tzn wiedziałam. Miałam suplementy, przepisy, mięso - mogłam albo zrobić kotom jedzenie z produktów, które znam i widzę, czym są, albo wczytywać się w formuły na kolorowych opakowaniach karm zachodząc w głowę, co w tych granulkach właściwie jest. 12 grudnia 2013 roku podjęłam zdecydowane kroki - chrupy poszły w kosz, a na ich miejsce stanęła miseczka z barfem. Koty - cudownie ozdrowiały... Aurelka chorowała często i przedtem, wizyta u weta dwa razy w miesiącu to była dla nas norma. Od kiedy jesteśmy na barfie, jedyne co Aurelce dokuczało to alergia pokarmowa, z którą oczywiście na mięsie świetnie sobie poradziliśmy. Tula, zdrowa jak ryba, weterynarza widuje tylko na badaniach kontrolnych przed wystawą i kryciem, obecnie hoduje w brzuszku nasz pierwszy miot - za tydzień z hakiem poród, a ja kładąc jej rękę na pękatym brzuszku czuję jak na mój dotyk ożywiają się duże, silne, barfne kocięta

kociaki, podobnie jak ich Tula, znudzone są już trochę ciążą - na usg prezentują się pięknie, od kilka dni wiercą się nie dając pospać mamie, chcą być dotykane i głaskane przez brzuch i coś mi się zdaje, że bardzo spieszno im na ten barfny świat...
