Hm, ruszyć jak ruszyć, ale ja się zastanawiałam ostatnio czy nie zacząć przeszkalać Skippera do terapii.
Kilka dni temu położyłam się na kanapie w salonie, Skipper oczywiście od razu do mnie przyleciał, wyciągnął się i przytulił do mnie całą długością ciała od podbródka (mojego) do bioder i zaczął mruczeć (w sypialni tego nie robi, kanapa w salonie jest wąska, po prostu się nie mieścił i nie miał wyjścia bo inaczej by spadł; ponadto do mruczenia musiałam go zmotywować czochraniem między uszami). To było po prostu niesamowite odczucie jakbyś była na jakiejś terapii - jak kot jest przytulony do Ciebie i mruczy to były takie wibracje odczuwalne praktycznie od stóp do głów (przynajmniej w wykonaniu Skippera bo on był silnikiem). W połączeniu z kocim mruczeniem działa to niesamowicie relaksująco - po 10 minutach czułam się jak nowo narodzona

i wstałam jak młody Bóg (tzn. Skipper mnie zmusił do wstania bo znudziło go leżenie, mruczenie itd. i po prostu zwiał). Ja chyba mogłabym tak leżeć bez końca...
Niestety moje koty nie należą do osobników, które lubią się przytulać...
Nota bene kocie mruczenie ponoć dobrze wpływa na osteoporozę - koty nadają na tych samych częstotliwościach co aparaty stosowane w terapii. Nie trzeba płacić za rehabilitację tylko nie wiem, jak ma wyglądać wykonanie takiego zabiegu...
