Chińskie potrawy to właśnie miks tłuszczu, białka i węglowodanów. Większość potraw musi być przynajmniej "liźnięta ogniem", co najczęściej oznacza przesmażenie na tłuszczu. Prawdziwa chińska uczta to miliard miseczek na jednym stole, optymalnie zawierających ryż/makaron i mięso w ciężkim sosie albo usmażone na koszmarnej ilości tłuszczu. Tyle, że te miliard miseczek podaje się na raz, nie ma więc dań pierwszych, drugich i piędziesiątych
A Chińczycy wcale nie są tacy szczupli i w zasadzie nigdy nie byli. Obecnie to drugi najbardziej otyły naród świata. Chińskie tycie nie jest jakąś nową tendencją, zwiększa się co prawda liczba osób otyłych, ale wiąże się to (moim zdaniem) z bogaceniem się społeczeństwa i lepszym dostępem do żywności. W chińskiej mentalności w dalszym ciągu obecne jest przekonanie, że otyły=bogaty i że warzywa to jedzenie ubogich.
Moda na szczupłe sylwetki dociera co prawda do Chin, ale jak na razie chińskie społeczeństwo zdecydowanie bardziej tyje niż chudnie.
U Japończyków jest nieco inaczej. Z moich obserwacji jednak wynika, że w tradycyjnej diecie jest jednak zdecydowanie więcej węglowodanów niż tłuszczu. Zaryzykowałabym nawet tezę, że kuchnia japońska stoi węglami. Tradycja japońska nakazuje uważać ryż za centrum posiłku, a wszystko pozostałe - za dodatki. Przecież nawet "sushi" oznacza "ryż z octem"

Ryżu czy makaronu je się więc dość sporo, poza tym innych węglowodanów też - wiele sosów to połączenie smaku słodkiego (cukier) ze słonym (sos sojowy), nawet ryż do sushi doprawiany jest cukrem. W ogóle cukier to jedna z najpopularniejszych przypraw, dodawana chyba do wszystkiego. Porcje jednak, w porównaniu do porcji znanych z kuchni europejskich, są naprawdę małe, tyle że dań jednorazowo może być dużo. Kultura jedzenia jest inna niż w Chinach. W dobrym tonie jest nie dojadać, a lekki głód po posiłku jest wręcz zalecany. Posiłek zaczyna się zwykle od warzyw, często przetworów warzywnych, które mają wypełnić żołądek przed dalszymi potrawami. Dania z ryżem czy makaronem zwykle je się w ostatniej kolejności.
Do XIX w. w Japonii z mięs jadło się wyłącznie ryby i drób, choć ten ostatni w bardzo ograniczonej ilości. Silne wpływy buddyjskie i zakaz jedzenia mięsa zwierząt przez setki wcześniejszych lat ukształtowały kuchnię japońską jako ryżowo-makaronowo-warzywną z dodatkiem ryb i innych owoców morza (istoty wodne były uznawane za nie-zwierzęta, podobnie ptaki, ale tych w Japonii dużo nie było i nie ma).
Pomimo upowszechnienia się mięsa ssaków w japońskiej diecie, świnina czy krowina nie jest zatrważająco popularna.
Tłuszczu jest naprawdę mało, zasadniczo tyle, ile naturalnie występuje w zjadanym mięsie. Kto jadł japoński odpowiednik naszego rosołu (tsuyu) ten wie, co mam na myśli. Nie bez powodu tsuyu oznacza też porę deszczową. Podejrzewam, że jakby rozewrzeć paszczę na deszczu, a potem wciągnąć miskę udonu, to można by nawet nie zauważyć różnicy w smaku.
Mięso (najczęściej ryby, owoce morza czy drób w postaci kurczaka) i warzywa podaje się często na surowo, albo po lekkiej obróbce termicznej prawie beztłuszczowej, np sashimi z kurczaka, ew. "pół sashimi" czyli mięso surowe w środku, ale ścięte z wierzchu, bo położone na sekundę dosłownie na grilla czy gorącą płytę. Kalorycznym smażonym wyjątkiem jest na pewno tempura, ale takich wyjątków dużo nie ma.
Myślę, że to jest więc klucz do szczupłej japońskiej sylwetki - ciągłe uczucie głodu i zapchanie się warzywami przed przystąpieniem do bardziej treściwego jedzenia.
Szczupła sylwetka jest czymś naturalnym, a walczy się o nią na szczeblu państwowym. Firmom opłaca się zatrudniać szczupłych pracowników, bo wiąże się to z mniejszymi składkami na ubezpieczenia społeczne. Z ciekawostek - kiedy Japonka zachodzi w ciążę również dba o to, by jej waga pozostała stabilna, przy czym wzrost w ramach normy to jakieś +5 kg w czasie całej ciąży. Parę kilo więcej i już ostracyzm u lekarza, że kobieta o siebie nie dba, ani o dziecko, bo taka otyłość zagraża zdrowiu.
Ale i w Japonii widać już wzrost ilości osób otyłych. Dalej jest ich co prawda mało, ale myślę, że ekspansja amerykańskich fastfoodów również i w kraju kwitnącej wiśni robi swoje.
Nie sugerowałabym się wyglądem dań z chińskich czy japońskich restauracji w Polsce. One niestety maja niewiele wspólnego z oryginalnymi daniami.