Ależ mi weterynarz skutecznie podniósł ciśnienie. Nie ma żadnej dyskusji, w końcu ma 30 lat doświadczenia więc wie i jest to niepodważalne, że szatańską barfną dietą morduję kota i to przez nią spadają mu leukocyty. Jak powiedziałam, że nefrolog się z tą dietą zgadza, zaczęłam mówić na czym ona polega i że wcale nie ma morderczej ilości białka i fosforu, to uciął temat twierdzeniem, że on wie, że koty to mięsożercy, ale to kot specjalnej troski, blablabla, sugerując jednocześnie w dość jednoznaczny sposób, że natychmiast powinnam przejść na chrupki bo go zabiję

Jeszcze później dopytywał z niedowierzaniem czy aby na pewno nefrolog nie zalecił karmy nerkowej. Chwila pobierania krwi a będę chodzić wkurzona przez resztę dnia. Jeszcze gdyby chciał podyskutować to byłoby w porządku, każdy ma prawo mieć swoje racje, ale to podejście na zasadzie "co ty tam wiesz o swoim kocie, ja mam 30 lat doświadczenia więc lepiej siedź cicho" po prostu wgniotło mnie w ziemię

Tym bardziej, że chyba jego głównym źródłem dochodu jest tak naprawdę sklep z karmami połączony z gabinetem. Na trzy osoby tylko ja byłam tam wykonać jakiś zabieg, dwie przyszły po karmę
No i 260zł nie moje, a to dopiero początek. Zwalę Panu Kotu na głowę komornika za te wszystkie wydatki które generuje
