Moja historia zaczyna się w zamierzchłej przeszłości, gdy przygarniałam do swego serca 4 owczarki niemieckie. Kochałam te psy bardzo, żywiłam w sposób niewyszukany, ale skuteczny i tani, mianowicie ryż/kasza z dodatkiem otrębów, mięso surowe, żółtka ze skorupami, tarte warzywa surowe, tran i witaminy z wapniem. Nie było barfowych kalkulatorów, a ja nie wiedziałam, że to barf. Wszystko było na oko, psy wyglądały super.
Potem były złe wydarzenia i została mi tylko długowłosa Sonia. Sonia zachorowała na leptospirozę (mimo szczepień) z towarzyszącą żółtaczką - napiła się z jakiejś kałuży w lesie. Odratowana, bo na wejściu miała znakomite zdrowie i tylko 6 lat. Ale wątroba uszkodzona, więc wielki specjalista pan wet kazał kategorycznie przejść na suchą, renomowaną, bardzo drogą itd karmę. I ja głupia zrobiłam co pan wet kazał. Na moje usprawiedliwienie dodam, że każdy kolejny wet mówił to samo.
I zaczęła się Soni droga przez mękę. Coraz inne karmy, coraz więcej preparatów na sierść, coraz gorszy stan skóry. Wyniki niby ok. Ale stan powoli się pogarszał. Sonia odeszła w sierpniu zeszłego roku w wieku lat 11, wątroba nie wytrzymała. Leczono psa na alergię, a wszystkie objawy dawała wątroba wołająca o ratunek. Wet skwitował, że i tak była na nią pora i tyle. A ja przeżyłam szok. Nie spodziewałam się. Naprawdę.
Robiłam często psu wyniki, latałam do weterynarzy, kupowałam drogą karmę, dawałam witaminki. Miałam się za dobrą pańcię...
Moim zdaniem do śmierci Soni przyłożył się też Fiprex spot-on, bo zgon nastąpił na drugi dzień po podaniu tego preparatu, który miał zabić ewentualne pasożyty, podczas gdy pies był już w bardzo złej kondycji i po specjalnych kąpielach na (wyimaginowane) pasożyty skóry.
Po stracie Soni płakałam i płakałam i nie mogłam przestać. Najbardziej chyba nad własną głupotą i nieodpowiedzialnością i nad bezmyślnością.
Bez zwierząt w domu wytrzymałam 3 tygodnie. Na kolejnego psa nie byłam gotowa, ale zawsze marzyłam o kocie rasy Maine Coon. I tak miałam sobie takiego sprawić bo Sonia kochała koty i wszelkie żywe stworzenia. Postanowiłam, że teraz będę miała takiego kota. Choćby się waliło i paliło. Ponieważ z kasą było krucho, a nie chciałam wspierać pseudohodowców zaczęłam szukać w internecie MCO do adopcji. I znalazłam.
Los sprawił że stałam się właścicielką nie jednego, a trzech kotów i nie Maine Coon, a Nebelung
Był to przysłowiowy gwóźdź do trumny mojego ówczesnego związku, który to (ten gwóźdź) przybiłam z całą energią i determinacją na jaką mnie było stać. Wierzę, że aby być szczęśliwym z drugim człowiekiem trzeba razem się śmiać i razem płakać. I razem kochać zwierzęta
c.d.n.













